Bangkok, miasto o wielu obliczach

Równo rok temu wróciłam do Polski po pierwszym wyjeździe do Azji. Wtedy zwiedziłam Kambodżę i kawałek Tajlandii – Ayutthayę i BKK. Od tego czasu zmieniło się wiele. Zdążyłam wrócić do BKK, świętować tam tajski Nowy Rok, objechać Filipiny, a teraz jestem szczęśliwym /acz trochę przerażonym/ posiadaczem biletów do BKK, jeszcze 24 dni i znowu będę stała w długiej kolejce na lotnisku z wypełnionym formularzem w oczekiwaniu na przygodę. Tym razem trasa powiedzie z BKK do Chang Mai, potem w górę do Laosu, tam pętelka po północnym Laosie, powrót, kilka dni relaksu nad morzem w Tajlandii i na pożegnanie 2 dni w BKK. Do Polski zdążę wrócić tuż przed końcem roku, w sam raz by się wyspać i pobiec na Sylwestra.

Bangkok jest dla mnie miastem szczególnym, bo to było moje pierwsze zetknięcie z Azją. Moje pierwsze wrażenie to, spostrzeżenie, że to miasto żyje całą dobę. Gdy sprzedawcy jedzenia zwijali swoje stanowiska, ich miejsce płynnie zajmowali sprzedawcy kwiatów. Kolejna refleksja to lekka zazdrość o to, że tradycja współistnieje tu z postępem. Pamiętam moment wejścia na dworzec kolejowy i ten przeogromny posąg Buddy, który tam się znajduje. Pomyślałam wtedy o starej, dobrej Europie, którą postęp próbuje odciąć od korzeni, od tradycji. O toczącej się tam walce postu z karnawałem, walce laicyzacji z ultrapoglądami. O absurdach, które dawno zapomniały o regule złotego środka. O poprawności politycznej, która staje się swoim własnym krzywym zwierciadłem. I pozazdrościłam wtedy Tajom domków dla duchów obecnych na każdym kroku i w każdej dzielnicy, posągów Buddy, wieńców z kwiatów na dziobach łódek, na lusterkach aut. I chyba sama też zrozumiałam, że wiele moich własnych wcześniejszych słów było po prostu głupich. I to jest to za co kocham dalekie podróże. Znajdujemy się na drugim końcu świata, gdzie wszystko jest inne. Gdzie nie możemy się odwołać do naszego doświadczenia, bo na wiele nam się nie przyda. Mózg musi przestać iść na skróty, musi wyjść z utartych schematów działania i wtedy właśnie można wiele rzeczy zobaczyć na nowo, zrewidować, otworzyć się.

Ale powróćmy do BKK. 🙂 Gdzie najlepiej zanocować? Jeśli BKK jest tylko Waszą stacją przesiadkową to, ze względu na korki wszechobecne w tym mieście, zdecydowanie najlepiej poszukać hotelu tuż przy linii kolejki wyruszającej prosto z lotniska: airportlink. Gdy spędzam w BKK ciut więcej czasu to zawsze ląduje na osławionym Khao San Rode. Czytałam gdzieś opinię, że to miejsce w Azji z największym natężeniem białych na metr kwadratowy. I za pewne jest to prawda, ale Khao San ma swój urok. Fajnie powspominać wieczorne opowieści dwudziestolatków z one-way ticket, albo opowieści starszych Panów o urodzie Hemingwaya, co opowiadają gdzie byli, co widzieli, lub po  prostu posiedzieć i poobserwować co tam się dzieje, pójść na masaż, zjeść coś i zaplanować kolejny dzień. Dawno temu, było to zwykłe targowisko, gdzie Tajowie sprzedawali ryż, z czasem niskobudżetowi podróżnicy zaczęli tu szukać tanich noclegów. Obecnie straganów z ryżem, ani widu, ani słychu, za to hostele i hoteliki wyrosły jak przysłowiowe grzyby po deszczu 😉

Gdy byłam drugim razem akurat rozpoczynał się tajski Nowy Rok, 13 kwietnia 2015 r., Songkran water festival [więcej o tym pisze tu]. Totalne szaleństwo. I nie liczcie na zmiłowanie i nie oblanie wodą, bo macie paszporty, zakupy, bagaże, wymieniacie pieniądze. Czasem doprowadza to do ciężkiej cholery. Pieniądze musiałam wymieniać wchodząc do budki kantoru, bo nie udało się uniknąć rozbawionego tłumu, co atakował nie bacząc na okoliczności. Gdy jesteście w tym czasie zaopatrzcie się w wodoszczelne saszetki, ochrońcie swoje plecaki, aby zabawa nie skończyła się dla was wielkim stresem. Czy warto zaplanować tak podroż by wziąć udział w tym święcie? Zdecydowanie tak. Nasz smingus-dyngus to tak może w skali 1/100 tajskiego szaleństwa. Oprócz polewanie się wodą – ta lodowata jest droższa, ale i fun większy ;-),  możecie kupić wapno i delikatnie smarując twarz napotkanej osoby z uśmiechem złożyć życzenia szczęśliwego nowego roku: sawat di pi mai. Tutaj i tu znajdziecie więcej informacji dotyczących Songkran festival. Niestety z wiadomych powodów nie mam zbyt wielu, a właściwie to nie mam prawie wcale zdjęć z tego dwudniowego szaleństwa.

Podczas pierwszej wizyty w Bangkoku miałam szansę uczestniczyć w bardziej stonowanym świecie – Loy Krathong. Święto dziękujące rzece Chao Praya za to, że jest, że jest częścią życia bangkockiej społeczności, za pożywienie, ale także przepraszającym ją za zanieczyszczenia. Więcej o tym święcie, przypadającym w tym roku na 25.11 przeczytacie tu. Na ulicach Bangkoku roiło się od sprzedawców przepięknych tratewek z kwiatów. Można by to porównać do naszych wianków puszczanych  w noc świętojańską, tylko trochę bardziej strojnych. 🙂

To tyle o świętach miasta, w których miałam szczęście uczestniczyć, a co poza tym? Przede wszystkich przepiękne świątynie. Pierwsza jaką zobaczyłam to mała świątynia na Khao Sanie. Bardzo lubię tam posiedzieć w spokoju i ciszy, choć niestety ta cisza czasem jest tylko nierealnym marzeniem, bo buddyjskie świątynie potrafią być pełne życia, ludzi, zgiełku i z ciszą nie mają nic wspólnego. Białą nitkę, którą otrzymałam z błogosławieństwem od mnicha noszę do tej pory zawiązaną na ręku.

Wat Arun czyli świątynia jutrzenki. Niezwykle piękne, buddyjskie stupy. Świątynia jest jednym z najstarszych zabytków Bangkoku. Tajowie wchodzą za darmo, od obcokrajowców pobierana jest niewielka opłata – około 50 BHT. Odwiedziłam ją dwa razy, raz tuż po wschodzie słońca, podczas mojego spaceru po Bangkoku, na który wyruszyłam około 5 rano. To było niesamowite przeżycie, bo turyści jeszcze smacznie spali i to niezwykle ludne miejsce można było zobaczyć w pełnej okazałości. To niesamowite zobaczyć to miejsce w blasku jutrzenki, kompletnie wyludnione. Polecam 🙂 Drugi raz tego samego dnia, popołudniu, ścigała mnie burza. Gra świateł była cudowna.

Pałac Królewski i świątynia z figurą szmaragdowego Buddy – Wat Phra Kaeo to kolejny obowiązkowy punkt wycieczki po Bangkoku. Ogrody Pałacu Królewskiego, przepych świątyń przyprawiają o zawrót głowy. Szmaragdowy Budda o każdej porze roku ma inne szaty – możecie je zobaczyć w muzeum zlokalizowanym na terenie kompleksu pałacowego. Nie próbujcie być sprytniejsi od czujnego oka ochrony i pod żadnym pozorem nie róbcie zdjęć wewnątrz świątyni – przy mnie ochrona odebrała turystce telefon, nie czekałam na koniec tej afery, ale raczej go nie oddała. Jeśli chodzi o ubiór – jego wymogi są również restrykcyjne. Spodnie musza zakrywać kostkę, legginsy nie wchodzą w grę, bo są zbyt obcisłe. Dekolt w bluzce, również nie może być duży, ramiona zakryte. Nie myślcie, ze zakryjecie się chustą i potem odkryjcie, na moich oczach czujna ochrona wycofała paru turystów, którzy po przejściu bramek powrócili do wyciętych bluzek i legginsów. Poza tym czy warto bawić się z ochroną w kotka i myszkę? Przecież tu chodzi o szacunek dla odmiennej kultury.  Wstęp kosztuje ok. 10 dolarów, kompleks otwarty jest od 8.30 do 15:30.

Niedaleko Pałacu Królewskiego mieści się Wat Pho. Świątynia odpoczywającego Buddy, najstarsza bangkocka świątynia. Posąg Buddy ma 15 m wysokości, 46 długości i stópki wykonane z macicy perłowej. W kompleksie świątynnym znajduje się wiele pozłacanych posągów Buddy, płaskorzeźby z tajnikami tajskiego masażu – nie bez przyczyny właśnie to miejsce zwane jest „uniwersytetem tajskiego masażu”

W innej części Bangkoku zlokalizowane jest Złote Wzgórze ze świątynia Wat Saket [świątynia mycia włosów], z której możemy podziwiać przepiękną panoramę Bangkoku. Na szczyt sztucznie usypanej góry wchodzimy po ponad 318 schodach. Na szczycie znajduje się złota chedi. [Chedi – tajski termin oznaczający stupę czyli typ sakralnej buddyjskiej budowli, symbolizującej oświecony stan Buddy, specyficzna konstrukcja czyni ją niezwykle odporną na trzęsienia ziemi]

Więcej o BKK w styczniu 2016 po powrocie 🙂 Odwiedzę raz jeszcze pałac królewski, ale też myślę, że za 3 razem na spokojnie wsłucham się w rytm tego miasta. 🙂

p.s. a jeśli lubicie zieloną herbatę, to polecam tę z China Town, jaśminowa: the au jasmin firmy sunflower w jasno brązowych puszkach. Dobra pamiątka i wspomnienie smaku Azji do następnej wyprawy 🙂

Jeśli zainteresował Cię temat Tajlandii – zapraszam do innych tekstów o tym kraju.

Spodobał Ci się post? Zostaw po sobie ślad dając lajka lub komentując. Nie przegap następnego wpisu śledząc Okiem Maleny na Facebooku. Do zobaczenia

7 komentarzy

  1. Bangkok, bardzo ciekawe miasto. Miałam w planach wraz z mężem wybrać się rok temu właśnie tam ale plany nam się posypały i nic z tego nie wyszło. Tak patrząc na zdjęcia to szczerze powiedziawszy wygląda zachęcająco. Może za rok się uda? 🙂 mam nadzieję. Pozdrawiam. Bardzo fajne zdjęcia 🙂

  2. Rewelacyjna relacja. Świetne zdjęcia, jest na co popatrzeć szczególnie jak nigdy wcześniej nie miało się takiej okazji. Bardzo ciekawe miasto 🙂 Pozdrawiam

  3. Dla mnie Bangkok to tylko stacja przesiadkowa… Turysci sa traktowani jak chodzace portmonetki, ktore trzeba oskubac z kasy. Polnoc to juz zupelnie co innego. Nie wiem jak dzis wyglada Laos bo bylem tak 7 lat temu ale dla mnie to byla taka prawdziwa Azja jaka mialem w glowie. Chociaz jak na tamte tereny 7 lat to starsznie duzo mam nadzieje, ze troche tego czaru uda sie odnalezc.

    1. Mam nadzieje, że jeszcze trochę czaru zostało. Zobaczymy. 🙂 a co do traktowania turystów w BKK. Rzeczywiście miałam dość niemiłą sytuacje w hotelu, i wtedy miałam ochotę udusić Tajkę, ktora jak mantrę powtarzała w kółko to samo z tajskim uśmiechem na twarzy wmawiając mi bzdury … A co gorsza mając mój paszport w ręku. Co nie zmienia faktu, że Bkk jest piękny. 🙂

      1. My myslelismy ze ubijemy taksowkarza ktory za bardzo dobra cene zawiozl nas na plywajacy targ, po to by pozostawic na pastwe swojego kumpla, ktory chcial majatek za lodke… jesli sie nie myle taxi blisko 100km za Bankgok kosztowalo 1000bhatow… a lodka na 2h miala kosztowac chyba ze 4000…
        Niestety trzeba miec oczy dookola glowy 🙁

Dodaj komentarz