Barcelona – rytm miasta

Barcelona to jedno z moich ulubionych europejskich miast. Przez wiele lat marzyłam aby do niej pojechać i gdy leciałam tam pierwszy raz bałam się, że moje wyobrażenia boleśnie skonfrontują się z rzeczywistością. Pamiętam uczucie zawodu gdy parę lat temu odwiedziłam po raz pierwszy Dubrownik. Wiele lat marzyłam by tam dotrzeć i gdy wreszcie się udało czegoś mi zabrakło. Był piękny, oszałamiająco piękny, ale nie umiałam go poczuć. Dopiero za którymś razem odnalazłam duszę tego miasta. Z Barceloną było inaczej. Już pierwszego dnia, gubiąc się w niej co sekundę i wychodząc w coraz to innych miejscach czułam jej klimat, jej magię. Barcelona jest dla mnie tak naprawdę kilkoma miastami połączonymi w jeden organizm. Każda dzielnica jest tak inna od poprzedniej, żyje innym rytmem, tworzy mini osadę. Barcelona to miasto kontrastów, zaskakujące. To jedna wielka galeria sztuki. I nie mówię tylko o wspaniałych muzeach i zabytkach, ale o współistnieniu sztuki i miasta, o kolorowych graffiti, tysiącu małych fontann, dekoracjach prześlicznych mikro balkoników, mimach, rzeźbach, zaskakujących zwieńczeniach budynków. To wszystko sprawia, że spacer po Barcelonie grozi zwichnięciem karku 😉

Gdzie zjeść?

Czego trzeba spróbować w Barcelonie? Nim opowiem co, zacznę od punktu gdzie. Jest kultowa knajpka w dzielnicy Barceloneta nazywa się La Bombeta. Jeśli chcecie zjeść w normalnych cenach, dobre, świeże i typowe jedzenie musicie ją odwiedzić. Od lat nie zmienia się tam obsługa, na stolik czeka się w kolejce, kelner zapisuje imię i sprawnie dyryguje tłumem grzecznie oczekujących pod drzwiami. W Bombecie są dwa wielkie napisy: pierwszy: nie mówimy po angielsku, ale robimy najlepsze bomby w mieście i drugi: nie mamy WIFI, rozmawiajcie ze sobą. Jeśli chodzi o angielski to powoli traci swą aktualność, nawet menu jest już w języku angielskim. Wifi aktualne no i płatność gotówką. Co spróbować? Oczywiście Bombas – kartoflane krokiety z mielonym mięsem i czosnkowym sosem. Kaloryczna pycha 😉 Patas bravas – pieczone ziemniaczki z sosem ostrym i czosnkowym. Chipirones – małe opiekane kalmarki. Mejillones a la marinera – małże w sosie marinera. W tym roku odkryłam mątwę (sepia) – bardzo mięsista, w smaku bardziej przypomina rybę niż owoce morza. Bardzo dobra. Pescaditos – to małe pieczone rybki, bardzo fajna zakąska do wina. Podejrzewam, że paellę też tam maja dobrą, choć tam nigdy nie próbowałam.

La torreta to moje zeszłoroczne odkrycie. Mała knajpka, w bocznej ulicy – w okolicach Parku Guell (jakies 15 minut drogi). Ma typowe katalońskie jedzenie, ceny dla Hiszpanów ;-), WIFI, miłą obsługę. Szczególnie lubiłam tam zestawy dnia. Czyli przystawka, danie główne, wino/woda, kawa/deser.

A po obiedzie warto udać się do Barri Gotic na lody. Najlepsze lody w Barcelonie znajdziecie u Włocha 😉 w Gelaaati di Marco. Tylu odmian lodów czekoladowych dawno nie widziałam 🙂

Barcelona jest droga, więc aby coś fajnego zjeść i nie umrzeć z wrażenia płacąc rachunek warto zejść z głównej trasy i poszperać trochę. Jest lepiej, taniej, bardziej prawdziwie. Nigdy nie zapomnę rachunku 12 euro za kieliszek Sangrii z widokiem na Sagradę Familię. Mój błąd nie sprawdziłam dokładnie, tylko przelotnie zerknęłam na ceny, że są ok. Na Rambli jest drogo. Gdy macie ochotę usiąść i napić się kawy lub coś zjeść warto przejść jeszcze parę kroków, w pobliże pomniku Kolumba – tam po lewej stronie jest La Cava Universal. Sangria przepyszna, w normalnej cenie i wielka 🙂 Do tego przekąski, kawa, desery no i wifi ;-).

Rytm miasta

Barcelona tętni życiem całą dobę. O każdej porze kafejki pełne są ludzi, wieczorami każdy placyk ożywa, wszyscy wychodzą na lampkę wina, clarę (piwo+fanta), jakąś małą przystawkę. Między stolikami chodzą uliczni grajkowie. Nocami na Rambli mimowie ustępują miejsca prostytutkom, na progach sklepów w dalszych dzielnicach zasypiają bezdomni. Popołudniami w parkach zobaczycie wielu biegaczy, grupki osób wspólnie ćwiczących na parkowych trawnikach. Bieganie w Barcelonie jest bardzo popularne. Praktycznie o każdej porze dnia na każdej ulicy zobaczy się kogoś biegnącego. Czasem placyki zamieniają się w sale taneczne. Tak było na placu de la Virreina, który w niedzielne popołudnie zamienił się w swingową arenę. Gdy swing zakończył swoje panowanie na placu zagościły piękne dźwięki gry na gitarze. Nad morzem toczy się gra pomiędzy policjantami, a sprzedawcami podróbek. Obserwowałam parę razy tłum uciekających sprzedawców z prześcieradłami na plecach. Każdy koniec prześcieradła połączony jest sznurkiem – wystarczy jeden ruch i cały stragan zwija się w zgrabny tobołek. To wszystko kontrastuje z luksusowymi sklepami Chanel, Gucci, Bulgari etc. położonymi kilka kilometrów dalej  przy Passeig de Gracia.

Tatuaże, marihuana i graffiti

Co jeszcze? Tatuaże i Graffiti. Jedne i drugie przecudnej urody. Jeszcze zapach marihuany wydobywający się z wielu zaułków.  No i skręcane papierosy. Hiszpanie palą i ze względu na koszty palą głównie skręty. Zachodziłam w głowę jak oni są w stanie w czasie marszu skręcić papierosa. Ale a i owszem mogą. Kieszonkowcy to niezbyt chlubne, ale niestety prawdziwe oblicze tego miasta. Trzeba mieć oczy na około głowy. Rowery i skutery to najwygodniejszy środek transportu. Warto oddalić się od głównych tras turystycznych, powłóczyć się, poczuć to miasto. Niesłychanie przyjazne i zadziorne.

Galeria pod gwiazdami

Dla mnie Barcelona jest jednym wielkim dziełem sztuki, wielką galerią pod otwartym niebem. Oszałamiająca architektura, bardzo różnorodna, nowoczesne instalacje artystyczne, sztuka uliczna, performance, mimowie – rzeźby, dźwięki flamenco. To wszystko sprawia, że spacer po tym mieście zawsze jest wrażeniem niezapomnianym. Najbardziej w niej lubię tę nieprzewidywalność, nigdy nie wiadomo co wyłoni się w następnym zaułku, co skrywa w sobie mijana ulica, mały placyk, kolejny park. Abstrahując od dzieł ewidentnych – jak dzieła Gaudiego ( o tym możecie przeczytać tu: Barcelona Gaudiego), niesamowita architektura Szpitala św. Pawła, piękno katedr, kościołów, muzea i galerie sztuki – na każdym kroku spotykamy małe szczególiki, cream de la cream, wisienki na artystycznym torcie Barcelony. A to piękna fontanna, a to niesamowite graffiti, to płaskorzeźba, a to .. dupa. Ni stąd ni zowąd wielka pupa na środku parku. Nad morzem mieni się złota wielka ryba, w pobliżu muzeum designu znajdują się duże tuby, wystarczy w nie krzyknąć aby na chodniku pojawiły się świetlne węże.
Barcelona jest absolutnie niesamowitym miejscem, w którym podczas każdej wizyty można odkryć kolejną perełkę.

Jeśli zainteresował Cię temat Hiszpanii zapraszam do innych tekstów o tym kraju.

Spodobał Ci się post? Zostaw po sobie ślad dając lajka lub komentując. Nie przegap następnego wpisu śledząc Okiem Maleny na Facebooku. Do zobaczenia.

 

13 komentarzy

  1. Też uwielbiam to miasto! Czytając twój opis miałam wrażenie, że sama to opowiadam 😛 Miałam bardzo podobne wrażenia i odczucie o tym mieście. Kolorowe, z klimatem, ciekawą architekturą, dobrym jedzeniem. Jest po co tam wracać, bo jak piszesz za każdym razme można odkryć coś nowego:)

  2. Oh! Ja uwielbiam Barcelonę, ale nie mogę znieść całego przekłamania architektonicznego i tego, że zburzono pół miasta by poprzenosić co cenniejsze do centrum a resztę zabudować wielką drogą w środku miasta 🙂 Co do sangrii to ja bym jej tak nie zachwalał, to najgorszego gatunku wino, którego nie chcą pić Hiszpanie, więc syf ten podaje się turystom 😛 Ahh, co do galerii pod gwiazdami masz rację. Wkrótce się tam wybieram, tym razem na dużo dłużej niż zwykle <3

    1. Nie zgodzę się, że sangria to syf. 🙂 Na przerwę w zwiedzaniu i upały jest idealna. I w wersji z czerwonym winem, i w wersji z cavą. Podobnie jak bambus w Chorwacji – niby profanacja, a jaka smaczna 😉
      Co do przekłamań architektonicznych i burzenia murów itp – masz rację szkoda dawnej części, z drugiej strony patrzę na BCN w jej obecnej formie i nie jest już dla mnie przekłamaniem, a czymś zastanym, całością. Wspaniałą, zaskakującą, magiczną, kontrastową. 🙂

  3. Barcelona to także jedno z moim ulubionych miast w Europie – pomimo hord turystów można bez problemów uciec w boczne uliczki i cieszyć się pięknem miasta, byłem tam raz i na pewno jeszcze wrócę:-)!

  4. Widzę, że mamy podobnie, z tą różnicą, że ja jeszcze w Barcelonie nie byłam i wciąż o niej marzę. Natomiast coś w tym jest, że Dubrownik może nieco zawieść oczekiwania. Owszem, jest ładny. Ale ponieważ jest malutki, to tłumy turystów są tam wręcz nie do zniesienia. Mam nadzieję, że uda się odwiedzić kiedyś Barcelonę, bym mogła się podzielić moimi spostrzeżeniami.

    1. Koniecznie ją odwiedź. Choć spacer po Rambli to Stradun w jego lipcowo/sierpniowym wydaniu 😉 Ale wystarczy uciec kilka przecznic dalej i wszystko się zmienia. Teraz było kapitalnie w Dubrowniku – malutko turystów, można było spokojnie mu się przyjrzeć 🙂 Podobnie było jak wpadłam tam kiedys w ostatnich dniach września.

  5. Ech rozmarzyłam się! 🙂 Ja jeszcze w Barcelonie nie byłam, ale po przeczytaniu Twojej relacji stwierdzam, że to ogromne faux pas z mojej strony!
    Swoją drogą cierpię na ten sam syndrom co Ty: też zawsze przed wyjazdem do mojego wymarzonego miasta boję się konfrontacji moich wyobrażęń z rzeczywistością. Ostatnio przeżyłam to z Wenecją. Na szczęście na plus dla Wenecji. 🙂
    Pozdrawiam i jeśli interesują Cię włoskie klimaty wpadnij do mnie 🙂

Dodaj komentarz