Island hopping, Filipiny

Island hopping

Na Palawanie dwa razy popłynęłam na island hopping, czyli pływanie od wysepki do wysepki. W każdym biurze w El Nido można kupić wycieczkę island hopping. Są podzielone na 3 kategorie: tour A, B, C. Gdy dobrze się poszuka można wypłynąć na tak zwane combo tour czyli połączenie dwóch z pomiędzy 3 opcji A&C albo B&C, jest to rozwiązanie najbardziej opłacalne finansowo, a przy okazji przy okrojonym czasie daje możliwość zobaczenia większej ilości rzeczy. Wg. mnie wybór A&C jest najciekawszy, bo najbardziej urozmaicony, oprócz przepięknych widoków są kapitalne miejsca do snurkowania. W cenie wycieczki jest przepyszny lunch, maska z rurką, za buty płaci się oddzielnie ;-). Dziś opowiem o moim drugim island hopping, czyli tour B.

Pytać, pytać i jeszcze raz pytać

Na Filipinach o jednym trzeba pamiętać – aby zadać wszelką możliwą ilość pytań /i jeszcze więcej/ i być przygotowanym na to, że i tak wszystko potoczy się inaczej. Po cudnej trasie combo tour A&C postanowiłam nadrobić brakującą literkę B. Znalazłam biuro, kupiłam bilet i następnego dnia o o 8.00 stałam radośnie na miejscu zbiórki. Dziwnie mało turystów oczekiwało wraz ze mną, właściwie to okazało się, że wszyscy, którzy czekają odjechali na inne wycieczki, ale nic to. Czekam dalej. Obok stoi jeszcze jedna para. Po pół godzinie okazało się, że dziś trójkółki nie będzie i musimy pójść na piechotę do przystani i miejsca wydawania masek. Nadal naiwnie wierzyłam, ze wszystko ok, tylko poprostu azjatyckie postrzeganie czasu. Na miejscu okazało się, że ja i para Izraelczyków zostaliśmy przekwalifikowani na combo tour B&C. W grupie raźniej, więc uparliśmy się, że absolutnie nie mamy czasu – oficjalnie był to odjeżdżający autobus, nieoficjalnie u mnie chęć obejrzenia zachodu słońca w Corong – Corong. Nasze uparcie się wywołało lekkie zamieszanie, ale po kolejnych 20 minutach okazało się, że jednak jest możliwość abyśmy popłynęli tylko na tour B. Pominę szczegół próby pobrania opłaty za maski, jako stały bywalec 😉 island hoppingu wytłumaczyłam wszystkim zainteresowanym, ze to jest w cenie i absolutnie nie mogą pobrać opłaty. Moja jedyną kartą przetargową była karteczka z numerem telefonu biura, gdzie kupiłam wycieczkę, zważywszy na ceny roamingu marna karta 😉 ale wystarczyła. Cała nasza trójka już po 9.00 siedziała szczęśliwa na łódce i rozpoczęła wycieczkę.

Pinagbuyutan Island – rajska wyspa

Wyspy, które odwiedzaliśmy były niebotycznie piękne. Gdy teraz oglądam zdjęcia czasem samej trudno mi uwierzyć, że sama je zrobiłam i widziałam to wszystko na własne oczy.

Pali się?

Pierwszymi oznakami, że przysłowie dobre złego początki ma jakiś sens były czarne kłęby dymu z silnika. Jednak po dłuższym czasie i do nich można było się przyzwyczaić. Wtedy trzeba było sobie przypomnieć zdanie z przewodnika Loneli Planet lub jakiegoś innego, że najwięcej turystów na Filipinach ginie w wyniku wypadków łodzi i jeśli łódź wygląda na łódź w złym stanie, to zapewne jest w jeszcze gorszym. To zdanie przypomniałam sobie parę godzin później, gdy wyjmowałam kartę z aparatu i na wypadek wszelki przekładałam do worka tzw wodoszczelnego, który umieściłam w drugim worku tak zwanym wodoszczelnym, który co prawda zdał test przepłynięcia pod wodospadem Pagsanjan, ale nie wiedziałam jeszcze jak zachowałby się nurkując w morzu. Tymczasem sielanka, pomijając oczywiście dym z silnika i wielkie meduzy, które nawiedziły okolice Cathedral Cave, przez co mogliśmy zobaczyć tę jaskinię tylko z zewnątrz.

Szczęśliwie w odwiedzeniu Leta Leta Cave na Lagen Island nic nam nie przeszkodziło.

Snake Island

Ostatnim punktem /wg mnie, Izraelczyków i programu w biurze/ miała być Snake Island. Co prawda Snake Island nie do końca tego dnia chwaliła się swym wężowym ogonem z racji wysokiego poziomu wody, ale odrobina wyobraźni czyni cuda.

Czy ja tu już nie byłam?

Pierwszy raz coś mi przestało grać gdy sternik na moje pytanie jak długo ze Snake Island będziemy płynąć do El Nido pokrętnie zaczął wymieniać, że czekają nas jeszcze 3 przystanki. Wtedy zaczęłam się zastanawiać czy na wakacjach przestałam umieć liczyć do 4. Bo 4 punkty wycieczki już były plus jeszcze 3 to 7, co już mi zaczynało pachnieć porwaniem na Combo tour. Pewność zyskałam przy następnym przystanku, kiedy powiedziałam do Taal, że ja tu wczoraj byłam. Ona nie wierząc zaczęła sprawdzać program, i tłumaczyła, że to niemożliwe, bo przecież każda wycieczka ma inne wyspy. Powoli powątpiewając nie tylko w zdolność zliczenia do 10, ale i we własne zmysły zapytałam sternika / szczęśliwie tego samego co wczoraj/ czy przypadkiem tu wczoraj nie byliśmy odpowiedział, że a i owszem. Uspokojona, że jednak wiem co widze, niepewna, czy umiem liczyć i coraz mniej pewna godziny powrotu do domu zajęłam się robieniem zdjęć. Tym razem dałam spokój odwiedzaniu ukrytej laguny i leżałam na plaży a tak naprawdę stanowiłam rekwizyt do robienia z sobą selfi przez filipińskich turystów. 5 minut sławy było miłe, ale po tym jak kolejna osoba familii ośmielona swymi poprzednikami dołączała i krzyczała jeszcze raz! Możemy? Miałam już lekko dosyć 😉  Ukryłam się za skałami i postanowiłam sprawdzić co tam z moją matematyką. Wzięłam na spytki zastępcę sternika co nas jeszcze czeka, wyrecytował jak na spowiedzi wszystkie atrakcje, a ja zbladłam. Zachód słońca zaczynał być odległym marzeniem, chyba, ze przeprowadzę dywersję i bunt na pokładzie.

bunt na pokładzie …

Na bunt na pokładzie nie trzeba było długo czekać. Sęk w tym, że zbuntował się silnik, a nie Izraelczycy. Tym samym miast odpłynąć z nadzieją znalezienia łódki co nas przygarnie i uwolni z porwania na Combo tour utknęliśmy na rajskiej plaży w środku niczego i musieliśmy czekać, aż przypłynie kolejna łódka, kolejna grupa turystów odwiedzi ukrytą jaskinię, wejdzie do niej, popodziwia formy skalne, wyjdzie, zrobi stos zdjęć i pozwoli nam popłynąć dalej. Popłynąć dalej czyli w naszym zamyśle dosiąść się do nich na ich łódce. Otóż nie. Łódka – wyzwoliciel wzięła nas na hol i tak dryfowaliśmy bezładnie za nią, wiedzeni na linie, wśród skał, wśród fal. Po którymś przechyle, a do strachliwych z racji genów nie należę, powoli wyjęłam kartę z aparatu i wszystkie cenne, i przemakalne rzeczy jak np. pesos i telefon spakowałam do worka wodoszczelnego, który włożyłam do torby wodoszczelnej. I tak mieliśmy dryfować na tej linie przez kolejne atrakcje combo tour. Szczęśliwie bunt naszej trójki i pomruki niezadowolenia – wszak autobus nam odjedzie 😉 były coraz bardziej stanowcze. W głębi duszy straciliśmy wszelką nadzieję.

Uratowani

Jednak skoro szlakiem przysłów się udajemy wszystko dobre co się dobrze kończy. Na kolejnym przystanku, na który cudem dopłynęliśmy nie przewracając się i nie rozbijając o skały okazało się, że nasz sternik znalazł łódź, która płynie bezpośrednio co prawda nie do El Nido, ale do zatoki położonej 5 minut drogi od El Nido. Razem z tą radosną wiadomością przypłynął radosny sternik z łódki wyzwoliciela na czymś przypominającym kajak, co jak zaobserwowałam dzień wcześniej – wszak byłam już tu stałym bywalcem 😉 wywracało się często i gęsto. W każdym razie z radosną miną oswiadczył, że na wehikule powyższym przewiezie kobiety (czyli mnie i Taal) oraz cenne rzeczy na tamtą łódkę. Tamtą, czyli piękną łódź na szarym końcu zatoki. Wsiadłyśmy z Taal na kajako-wehikuł, przytuliłyśmy do siebie swoje torby i z duszą na ramieniu popłynęłyśmy. Przez cały czas zastanawiałam się jak bardzo wodoszczelny jest mój worek i jak bardzo mój aparat nie lubi wody. Gdy podpłynęliśmy do łodzi wytłumaczyłam, że nie Panie przodem, a rzeczy przodem, bo Panie pływać mogą, a rzeczy raczej nie.  I tak szczęśliwie zakończyliśmy island hopping, i odpłynęliśmy, a właściwie to poszybowaliśmy wielką łodzią z szybkim silnikiem w kierunku El Nido.

Corong Corong – wymarzony zachód Słońca

Na zachód słońca w Corong Corong zdążyłam, pędząc z pustym żołądkiem trójkółką. Było niesamowicie. Pusta plaża, mały sklepik, zimne piwo i spektakl zapierający dech w piersiach. Warto było udawać, że autobus odjedzie.

10 komentarzy

  1. To zimne piwko w takim miejscu musiało smakować nieziemsko! 🙂 Widząc zdjęcia zapragnęłam tam pojechać! Ile kosztuje taki island hopping? Słyszałam, że hotele i wyżywienie są tam bardzo tanie…?!

    1. Rzeczywiście wyżywienie i noclegi są na Filipinach tanie. Island Hopping w wersji łączonej A i C kosztuje około 40 $, a ten o którym piszę, czyli wersja B ok. 27 $.

Dodaj komentarz