Krwawy ? księżyc

Dziś nietypowo, bo nie o podróżach, a o dzisiejszym zaćmieniu. Szczerze mówiąc czuję się zawiedziona. Zapowiadało się bardzo ciekawie. Pełnia około 22 była niesamowita. Wielka, lśniąca tarcza księżyca, czyste niebo. Idealnie. Przygotowałam się dobrze. Statyw rozstawiony, na wszelki wypadek bateria w aparacie podłączona do ładowarki. Spokojnie mogłam iść spać i czekać na budzik o 3.44. Przed snem zerknęłam za okno. A cóż to? Gdzie księżyc? Co tu robią te wszystkie chmurzyska? No ale jeszcze kilka godzin.

3.44 budzik dzwoni. Wstaję jak żołnierz, wyłączam dwa kolejne budziki nastawione na wszelki wypadek. Rzut oka za okno – chmur brak, po omacku nałożyłam bluzę. Oczyma wyobraźni widziałam już tę wielką, ognistą kulę, która będzie celem mojego obiektywu. Wyszłam ze statywem i poczułam wielkie rozczarowanie. Co taki mały? To ma być ten super księżyc? Super to on był jakieś 7 godzin temu. No nic. Niecierpliwie czekałam na 4.11 kiedy miało być perygeum, no i zaćmienie całkowite. Mały, bo mały, ale jeszcze wyobraźnia malowała obrazy niesamowitej krwistej kuli. Być może to wina miejskich świateł, choć koło mnie za dużo ich nie ma, jednak kolor też taki już sprany kilka razy był. Na dodatek chmury pojawiły się kilka minut po zaćmieniu i zamiast stworzyć niesamowitą scenerię to po prostu zasłoniły wszystko.  Niepocieszona wróciłam spać.

Sen uciekł w sobie tylko znane miejsce. Około 5.30 wychyliłam się przez okno. Jak na złość chmury postanowiły jednak tworzyć scenerię. Leżałam parę minut zastanawiając się jak bardzo nieprzytomna będę o 7.30 gdy teraz wstanę i zacznę obserwować. W końcu całe 17 lat do następnej okazji. W końcu i tak nie śpię. Wstając stwierdziłam, że jednak jestem absolutnie niepoważna. Osiedle powoli budziło się do życia. Zaspani sąsiedzi zmierzający do aut patrzyli na mnie jak na półwariata.

Zasnęłam około 6.30. Godzinę później rozdarł się mój subtelny budzik o głosie alarmu w elektrowni jądrowej.

2 komentarze

Dodaj komentarz