Laos, Nam Ha, historia o zakochanych dzioborożcach i pomelo z solą, cz.3

Laos treking dzień II.

Treking w laotańskiej dżungli w obszarze chronionym Nam Ha trwał dwa dni. Był tak niezwykle ciekawy, że opisanie go w jednym poście było niemożliwe. W pierwszej części opisałam Wam odwiedziny w wiosce zamieszkanej przez etniczną grupę Lantaen, w drugiej czekała na Was opowieść o noclegu w dżungli. Dziś zapraszam Was na trzecią i ostatnią część tej opowieści.

Wyruszamy

Po śniadaniu w sercu dżungli nadszedł czas na opuszczenie naszego obozowiska i dalszy marsz. Przewodnik zapewnił nas, że dziś trasa będzie łatwiejsza niż dnia poprzedniego. Trudno domyślić się co miał dokładnie na myśli mówiąc łatwiejsza. Rzeczywiście pokonaliśmy mniejsze różnice wysokości, ale droga po której szliśmy przez kilka pierwszych kilometrów, była cienką dróżka między z jednej strony stromą ścianą dżungli a wierzchołkami drzew z drugiej strony. Raz po raz zagradzały ją wielkie pnie zwalonych drzew. Wszystko było dość śliskie. Na plecach czułam głośny oddech jednej z dziewczyn. Przez pół trasy uspokajaliśmy ją bojąc się, że wpadnie w panikę i nie ruszy się ani o krok dalej.
Droga raz schodziła w dół, chwilę później pięła się do góry. Nasz przewodnik przez większość drogi szedł śpiewając. Zastanawiałam się skąd on bierze na to siły. Laotański śpiew ma w sobie wiele nostalgii, melancholii i tęsknoty. Laotańską muzykę słychać na każdym kroku. Przyzwyczajona do tych delikatnych dźwięków towarzyszących przez całą podróż po Laosie doznałam szoku gdy w Tajlandii wsiadłam do taksówki. Taksówkarz włączył radio z którego wydarła się bezlitośnie jakaś popularna gwiazda. Zatęskniłam wtedy pierwszy i nieostatni raz za spokojnym Laosem. Tu macie próbkę laotańskiej muzyki.
Z niepokojem patrzyłam gdy przewodnik raz na jakiś czas milkł i wyraźnie czegoś nasłuchiwał. Zastanawiałam się co właściwie by zrobili gdyby nagle wyrósł przed nami tygrys albo chociażby puma lub leopard. Przewodnicy opowiadali, że tygrysa nigdy jeszcze nie spotkali, ale leoparda owszem. Nie zauważyłam aby żaden z nich miał cokolwiek do obrony. Miałam cichą nadzieję, że odgłosy strzelającego bambusa przegnały wszelką zwierzynę z kłami i pazurami dostatecznie głęboko w dżunglę.

historia o zakochanych dzioborożcach

romantyczna historia przewodnika

Na jednym z przystanków usłyszeliśmy stukanie w drzewo. To był najprawdopodobniej dzioborożec. Nasz przewodnik z wielkim zapałem opowiedział nam historię o zwyczajach i życiu tego ciekawego gatunku. Miałam wrażenie, że gdy ją opowiadał traktował ją dość osobiście. Szczególnie pierwszy fragment o tym jak samiczka dzioborożca wybiera partnera. Może miał złamane serce? Wiem, że miał 26 lat, że jako dziecko wiele razy dziennie przemierzał dżunglę, że pracował jakiś czas jako strażnik w lesie, ale nigdy nie opowiadał nic o swojej rodzinie. Ale wróćmy do dzioborożca. Ptaki te łącza się w pary na całe życie, gdy jedno umiera drugie nie szuka już nowego partnera, ale nim połącza się w pary samiec musi się naprawdę postarać. Buduje on gniazdo w drzewie, gdy jest gotowe zwołuje partnerkę by przyleciała i je obejrzała. Ona przylatuje, ogląda krytycznym okiem i jeśli coś jej się nie spodoba odlatuje i szuka innego partnera, a nasz biedak musi poprawić niedogodności i szukać nowej partnerki. Jak już szczęśliwie ptaki połącza się w pary i samiczka złoży jaja wysiaduje je właśnie samiec. Wchodzi on do gniazda, zalepia otwór, tak że zostaje tylko mała dziurka na dziób i czeka tak cierpliwie, aż młode wyklują się i będą w stanie latać. W tym czasie samiczka lata i szuka pożywienia dla całej rodziny i dokarmia uwięzionego samczyka. Dlaczego samiec zostaje? Mądra natura przewidziała, że samiczka jest bardziej odpowiedzialna. Ona będzie troszczyła się o rodzinę i nie zapomni o samcu i swoich pisklętach, a gdyby sytuacja była odwrotna. Cóż – „co z oczu to z serca” samczyk zobaczyłby inną samiczkę, odleciał, a jego wcześniejsza wybranka zdechła z głodu wraz z pisklętami. 🙂

a jak jest naprawdę?

Tyle opowieści, a jak to jest w rzeczywistości? Troszkę inaczej… Dzioborożce rzeczywiście są monogamistami, tylko to wcale nie samiec siedzi w dziupli, a samiczka. On ją zamurowuje, dokarmia przez 100 dni, a gdy rodzinie robi się ciasno samiczka rozkuwa wyjście, ponownie je zamurowuje i razem z samcem dokarmia pisklęta dopóki nie będą w stanie latać. Matka Natura jednak ma lepsze zdanie o brzydszej płci niż ludzie 😉

Pomelo z solą i inne historie

Krajobraz dość szybko się zmienił. Wyszliśmy z dżungli i zaczęliśmy wędrować po odsłoniętym terenie wśród dawnych pól ryżowych. W napotkanym bambusowym szałasie zrobiliśmy chwile przerwy. Nasi przewodnicy dostrzegli drzewo pomelo i już po chwili jedliśmy pomelo prosto z drzewa. Co ciekawe nasi przewodnicy jedli je z solą.

bambus

Podczas całego trekingu nasz przewodnik opowiadał nam wiele historii, wynajdował rośliny i objaśniał ich zastosowanie. Pokazał nam kilka gatunków bambusa i opowiedział, który do czego służy. Tak naprawdę bambus obecny jest wszędzie. Roślina – czarodziejski ołówek 🙂 Można na nim rozpalić ognisko, zrobić z niego kubek, kieliszek, garnek, służy za pożywienie, ale też do wyrobu instrumentów, zrobimy z niego meble, dach, ścianę, rusztowanie no i oczywiście odstraszymy dzikie zwierzęta.

galangal

Próbowaliśmy świeżego korzenia galangalu. Galangal to jedna z popularniejszych przypraw m.in. kuchni laotańskiej, tajskiej lub indonezyjskiej. Należy do tej samej rodziny co znany nam imbir. Ma trochę podobny do niego smak. Podobno przyłożony na rany ma działanie odkażające.
Minęliśmy też uprawę czegoś. No i tu właśnie nie ma pojęcia czego 🙂 Może ktoś z Was wie i powie co to za czworokątny owoc? Podobno z tej rośliny można zrobić olej.

bawół

Z ciekawszych informacji przewodnik powiedział nam, że Laotańczycy nie specjalnie świętują urodziny, bo wiele matek umiera przy porodzie. I chwilą narodzin łączy się jednocześnie z momentem śmierci. A gdy ktoś umiera zabija się bawoła, który towarzyszy duszy tej osoby w jej drodze na drugi świat.

Wyprawa powoli dobiegała końca. Jeszcze tylko ostatni lunch, krótka przeprawa łódką przez rzekę i czas było się pożegnać. To było naprawdę niezapomniane przeżycie.


Jeśli zainteresował Cię temat Laosu zapraszam do innych tekstów o tym kraju.
Spodobał Ci się post? Zostaw po sobie ślad dając lajka lub komentując. Nie przegap następnego wpisu śledząc Okiem Maleny na Facebooku. Do zobaczenia.

9 komentarzy

    1. Mi też się zrobiło smutno. Tym bardziej, że jakiś czas żyłam w przekonaniu prawdziwości tej historii, ale moja natura mi spokoju nie dawała i zaczęłam googlać i szukać, i czytać. No i niestety 😉

  1. Laos na Twoich zdjęciach urzeka, podobnie jak historia dzioborozcow! Pomelo z solą nigdy nie próbowałam, ale takie połączenis raczej mi nie odpowiadają. Na przykład pomarańcza z solą i chili. Fuj 😉

  2. przepiękne światło na tych zdjęciach z dżungli ❤
    pomelo z solą brzmi ciekawie, bo samo dla mnie smakuje nijako ;-))
    ale – URODZINY?! – to straszne, i ze śmiercią matek i z nie świętowaniem urodzin :-((

    1. Ja lubię smak pomelo, z solą smakuje równie dobrze jak bez 🙂 W Azji generalnie lubią łączyć przyprawy z owocami. Do mango i ananasów kupowanych na straganach często dodają np. chili.

  3. Looks amazing! I’m not sure about food being served on leaves – but when in Rome. It’s amazing how there are so many spices out there that we don’t even know about here in the West. Keep on traveling!

Dodaj komentarz