Laos, Nam Ha obóz w dżungli, cz.II

Droga do obozu

Dziś czas na kolejną część opowieści o trekkingu w dżungli w Obszarze Chronionym Nam Ha. Jeśli ktoś przegapił, proszę bardzo, oto część pierwsza.

Po wizycie w wiosce Ban Namgoy czekało nas jeszcze około 5 km marszu do nocnego obozowiska w dżungli. Droga wiodła wzdłuż rzeki. W takich miejscach czuje się potęgę przyrody. Wysokie drzewa, gąszcz pnączy, wydawało się, że dżungla walczy z rzeką wdzierając się w nią starymi pniami drzew, zawłaszczając stare mosty, dotykając jej powierzchni pnączami. Zadumałam się chwile nad zerwanym, wiszącym mostem, uznałam że zdecydowanie wolę naszą drogę wzdłuż niż taką przeprawę, choć mogłoby być ciekawie. Nim zdążyłam to pomyśleć nasi przewodnicy zatrzymali się i pokazali nową drogę – czyli w górę na konar drzewa po drabino-moście i dalej przez rzekę po moście. Dwie stalowe liny rozpięte z dwóch stron to poręcze, a pod stopami na nie-wiadomo czym deseczki, raz są, raz nie ma. Chciałaś masz 🙂 Uśmiechnęłam się w duchu patrząc na most i pomyślałam, a ja już się Ciebie nie boję. I nie o wysokość tu chodzi, a o „ażurowość” przestrzeni. Wszelkie wejścia na wieże widokowe, wszelkie wiadukty, wszystko gdzie widać było przestrzeń pod stopami były dla mnie albo do przejścia na drżących nogach, albo nie do pokonania. Strach wyparował równie niespodzianie jak się pojawił. Podejrzewam, że umarł z przerażenia, gdy rok temu na Filipinach wdrapywałam się na punkt widokowy po schodach przyczepionych na słowo honoru do skały niedaleko wodospadu Pagsanjan. Nie wiem ile metrów w górę, ale bardzo dużo. Ze strachu zemdlałam sto razy, za sto pierwszym przestałam reagować i wtedy chyba strach nie wytrzymał i wykorkował 😉 W każdym razie stojąc w kolejce do przejścia przez most – mogły na nim być maksymalnie dwie osoby – i podziwiając jego jakże stabilną konstrukcję dziękowałam wszelkim mocom za moją filipińska wspinaczkę co lęk wypędziła.

Obozowisko nad rzeką

Obozowisko było urocze. Rząd bambusowych szałasów, bambusowa kuchnia, bambusowa toaleta z normalną muszlą, miejsce na ognisko, a tuż nad rzeką stół – oczywiście bambusowy ;-). Odważna próba umycia nóg w rzece zakończyła się kapitulacją, a raczej wygraną rzeki i nogami po kolana umazanymi mułem. Ja obserwowałam te zmagania z bezpiecznej odległości i zza obiektywu aparatu. Kąpiel w wodzie mineralnej była jednak lepszym rozwiązaniem 😉

Przygotowanie kolacji

Po krótkim odpoczynku przyszedł czas na przygotowywanie kolacji. Zamiast leniuchować postanowiłyśmy pomóc. Nie byłyśmy pierwsze, więc przypadła nam wdzięczna rola nosicieli bambusowych drągów na ognisko. Przewodnik ścinając je pieczołowicie sprawdzał, czy nie została w nich choć jedna zagubiona mrówka. Czasem długo ostukiwaliśmy pnie, by wszystkie wytrzepać. Tak się jakoś złożyło 😉 że w Laosie przerastałam większość populacji o co najmniej 1,5 głowy. Widząc zmagania przewodników z wielkim pniem zapytałam czy aby nie potrzebują pomocy i przytachałam z nimi wielki pień. Oj był ciężki.

Większość produktów nasi przewodnicy dźwigali cały dzień w swoich plecakach. Chwile potem przyszli łowcy  niosąc w koszach zapasy żywności na śniadanie i dodatkowe koce. W kuchni zaczynały gotować się pierwsze potrawy.

Spécialité de la maison było tzw. bamboo cooking – danie gotowane w ognisku w „garnku” z  kawałka młodego bambusa. Młody bambus idealnie się do tego nadaje, gdyż ma w sobie tyle wody, że się nie pali. Była wersja wegetariańska i mięsna. Wersja z miesem składała się z  wieprzowiny, kwiatu bananowca, soli, czosnku oraz rośliny podobnej do ogórka.

Oczekiwanie na kolację umiliło nam wino ryżowe zagryzane wieprzowa skórą z ogniska. Słowem wyjaśnienia skóra wieprzowa nie umilała, ale kurtuazyjnie z uśmiechem na twarzy trzeba było zjeść, a że uśmiech musiał mi wyjść szczery, to i kilka razy trzeba było to powtórzyć. A wino ryżowe piliśmy wszyscy z jednego, bambusowego (bo jakżeby inaczej) kieliszka w kółeczku. Tak w sumie swojsko, jak księżycówkę w górach 😉

Ofiara dla duchów dżungli

Wreszcie nadszedł czas kolacji. Jedzenie robione w dżungli jest chyba najlepszym kulinarnym wspomnieniem z Laosu, oprócz oczywiście ukochanego Larba. Choć w sumie to chyba na równi z nim.

W naszej „jadalni” rozłożyliśmy liść bananowca na stole, a chwilę po tym pojawiły się potrawy. Dania z bambusowego garnka, pomidory gotowane z ziołami, mięso z ziołami, sticky rise (ryż kleisty – wybaczcie, ale nazwa polska jest taka jakaś niesmaczna w tym przypadku, taka rozgotowana, nieadekwatna), były też ostre zielone papryczki, które maczało się w soli.

Nim zaczęliśmy jeść jeden z łowców, wyglądający na najstarszego, nałożył na kawałek liścia bananowca po trochu z każdej potrawy i poszedł podarować ją duchom dżungli. Siedział chwilę w skupieniu, mówiąc coś po cichu. Gdy powrócił zaczęliśmy jeść. Po kolacji jeszcze długo siedzieliśmy przy ognisku.

Ciszej w tej dżungli, proszę.

Długo nie mogłam zasnąć. Dżungla jest niesamowicie głośna. Cykady rywalizowały z chórem żab w wydawanych przez siebie decybelach. Noc była zimna. Cieszyłam się, że miałam jeszcze swój dodatkowy śpiwór. W nocy budziłam się kilkakrotnie. Na bambusowej macie było niesamowicie twardo. Szukałam miejsca na ciele, które jeszcze nie jest odgniecione do kości, zasypiałam, a potem znowu się budziłam, nasłuchiwałam kumkania żab. Zastanawiałam się czy aby jacyś inni goście nie próbują się do nas dostać. W sumie to w tym szałasie czułam się trochę jak na półce w karmniku dla np. takiego tygrysa.

Kawa w dżungli?

O świecie nasi przewodnicy przygotowali nam pyszne omlety z ziołami i herbatę z trawy cytrynowej. Gałązkę trawy cytrynowej rozgniata się nożem, wkłada do kubka (oczywiście bambusowego 🙂 i zalewa wrzątkiem. Dużą niespodzianką była kawa. To niesamowite jak może smakować kawa rozpuszczalna. To niesamowite, że w ogóle może smakować 😉 ale dżungla czyni cuda.

Podpatrywałam jak jeden z łowców przed śniadaniem mył talerze w rzece. Uśmiechnęłam się w duchu do wszystkich „standardowych” zaleceń czego unikać w czasie wyjazdów do Azji. W sumie to często się do nich uśmiecham, a nawet i śmieję się w twarz. Nie jedz tego, nie jedz tamtego, unikaj tego itp. itd. to po cholerę w ogóle jechać? 😉 Ciekawe co zalecenia mówią o piciu wina ryżowego z przechodniego kieliszka?

Strzelający bambus

Nim opuściliśmy obóz przewodnicy przygotowali dla nas lunch – opalali liście bananowców nad ogniskiem, by potem zawinąć w nie porcje ryżu. Na koniec włożyli do ogniska kawałki młodego bambusa, które raz po raz głośno strzelały. Powiedzieli, że to dobry sposób, aby odstraszyć dzikie zwierzęta. Strzelający bambus wydaje odgłosy zbliżone do strzelby i zwierzęta chowają się w głąb dżungli.

I tak dobiegła końca część druga opowieści. C. D. N. a w nim m.in. opowieść o podziale obowiązków w ptasiej rodzinie oraz ostatnie godziny w dżungli przy dźwiękach laotańskiej muzyki.

2016-01-20 16.46.33
Nam Ha

 

Jeśli zainteresował Cię temat Laosu zapraszam do innych tekstów o tym kraju.

Spodobał Ci się post? Zostaw po sobie ślad dając lajka lub komentując. Nie przegap następnego wpisu śledząc Okiem Maleny na Facebooku. Do zobaczenia.

17 komentarzy

  1. To jedzenie wygląda znakomicie i cała kuchnia mega klimatyczna! Nie odstraszałby mnie nawet przechodni kieliszek (o myciu naczyń nie wspomnę – faktycznie często można się tak uśmiechać do wszelkich rozsądkowych zasad;)). Ale jeszcze bardziej zaintrygowałaś mnie laotańską muzyką… czekam z niecierpliwością! 🙂

  2. Dżungla to dla mnie temat tabu – nie wiem czy mogłabym spać w aż tak spartańskich warunkach. nie zmienia to jednak faktu, że przygoda jest niezapomniana. Nie bałas się ugryzień nieproszonych gości?

    1. Nie, spałam w moskitierze. Najbardziej przerażały mnie potencjalne odwiedziny jakiś większych gości 😉

  3. Niesomowite, dla mnie dżungla pozostaje dalej tematem mistycznym i myślę, że raczej szybko tam nie trafie 😛 Słyszałem natomiast jedno, że w dżungli je się to co akurat jest i się nie wybrzydza. Stąd mam takie pytanie, czy zdanie typu „Jestem wegetarianinem i nie jem mięsa” znajduje zrozumienie u przewodników?:D

    1. Jeśli wybierasz zorganizowany treking masz ten plus, że możesz powiedzieć, że nie jesz mięsa – i rzeczywiście była wersja z tofu 🙂

  4. Obozowisko i przygotowywanie kolacji bardzo przypadły mi do gustu, głównie ze względu na fakt bliskości natury. Coś pięknego. I to też dowód na to, że do szczęścia wiele nie potrzeba!

Dodaj komentarz