Nam Ha – niezapomniany trekking po laotańskiej dżungli cz.I

Obszar Chroniony Nam Ha

Obszar Chroniony Nam Ha utworzony został w 1993  roku. W 2003 został wpisany na  listę ASEAN Heritage Parks jako jedyny park w Laosie. Zajmuje obszar ponad 2200 m kw. Położony jest w północnym Laosie, w prowincji Luang Namtha, jego północne krańce sięgają Chin.

Park jest zamieszkany przez wiele grup etnicznych (Tai Lue, Tai Dam, Khamu, Akha, Lantaen, Lahu, Yao i Hmong) wiodących życie w tradycyjny sposób. Większość terenu położona jest na wysokości powyżej 1000 m i pokryta dżunglą. Obszar ten jest również domem dla wielu gatunków zwierząt m.in pantery mglistej, tygrysów, gaurów (bawoły, większe od bawoła błotnego), mundżaków, makaków, słoni oraz dla około 300 gatunków ptaków. Zwiedzanie Nam Ha jest możliwe tylko z przewodnikiem.

Treking w dżungli – informacje praktyczne

Zawsze marzył mi się kilkudniowy treking w dżungli i to marzenie postanowiłam spełnić w Laosie. Treking zorganizowała agencja green discovery. Zdecydowałam się na jej ofertę, ponieważ wspiera ona lokalną społeczność, zatrudnia przewodników za godziwą płacę, jest rekomendowana przez wiele źródeł promujących odpowiedzialną turystykę.Czytałam o niej bardzo pozytywne opinie i nie zawiodłam się.

Trekking trwał 2 dni, w czasie których przeszliśmy prawie 22 km. Koszt uzależniony jest od osoby. Gdy się zapisywałyśmy grupa liczyła tylko 4 osoby i cena wynosiła 71 $/osobę. Szczęśliwie następnego dnia było nas już 6 i cena spadła do 58 $. Plecaki z bagażem głównym można zostawić w biurze, dzięki czemu odpada koszt noclegu samotnego plecaka w hotelu 🙂

Czas wyruszać

Po 8 rano czekałyśmy gotowe na przygodę. Przed wymarszem każda z nas dostała wyprawkę: karimatę, śpiwór i zapas wody na dwa dni. Trekking rozpoczyna się we wsi Ban Namlue niedaleko Luang Namtha.

Poranek był dość chłodny. Kilka dni później, gdy  dopadło nas załamanie pogody w Azji -temperatura 9 stopni w dzień plus strugi deszczu – marzyłyśmy o takich „chłodnych porankach” 😉

Trasa wycieczki rozpoczęła się łagodnym spacerem w górę. Endomondo mówi, że różnica wysokości, którą pokonaliśmy wynosiła około 400 metrów. Po chwili marszu wszyscy zapomnieli o porannym chłodzie. Zmęczenie marszem zrekompensowały piękne widoki.

W Laosie animizm (przypisywanie posiadania duszy przez zwierzęta, rośliny itp.) wymieszał się z buddyzmem. Większość Laotańczyków wyznaje buddyzm, jednak szczególnie wśród plemion nadal bardzo żywe są animistyczne wierzenia. Dlatego gdy przekroczyliśmy pierwsze progi dżungli nasz przewodnik wytłumaczył nam, że wierzą oni w istnienie wielu metafizycznych bytów i aby dżungla nam sprzyjała przez te dwa dni musimy zachowywać się w niej z szacunkiem.

Nim się spostrzegłyśmy przyszła pora na lunch. Z czego można zrobić stół w środku dżungli? Z liścia bananowca. Położony na ziemi i idealnie sprawdził się w tej roli. Praktycznie to w dwóch rolach, bo był stołem i obrusem w jednej osobie 😉

Odwiedziny w wiosce Ban Namgoy

Po lunchu wyruszyliśmy dalej w kierunku wsi Ban Namgoy, zamieszkanej przez grupę etniczną Lantaen. Po drodze spotykaliśmy mieszkańców wioski idących sprzedać swoje zbiory do miasta. Do wioski można się dostać jedynie „spacerem” przez dżunglę. Jest położona około 9 km od głównej drogi. W wiosce nie ma bieżącej wody, ani elektryczności. Czasem tego typu wioski zapewniają sobie prąd kupując panele solarne lub wytwarzając prąd z nurtu rzeki.

Chwilę po naszym przybyciu kobiety ułożyły na ziemi wielkie kosze pełne ręcznie robionych woreczków, bransoletek, wisiorków, figurek. Wszystkie czekały w napięciu co wybierzemy. Każda z nich starała się zainteresować nas swoimi wyrobami. Zauważyłam, że żadna z nich nie ma brwi. To znak charakterystyczny mężatek z tej grupy etnicznej.

Mieszkańcy wsi żenią się we własnym gronie. Rodziny mają przeważnie piątkę dzieci, do szkoły chodzi najczęściej tylko jedno z nich. Posłanie dziecka do szkoły wiąże się z dużymi kosztami, bo we wsi nie ma szkoły. Najbliższa jest hen za lasem.

Odwiedziny w wiosce jak zwykle w podobnych miejscach wywołały mieszane uczucia. Z jednej strony refleksję o strasznej nierówności na świecie, a z drugiej strony niezatarte wrażenie, że w pewien sposób Ci ludzi są szczęśliwsi od nas. Stanowią jedność i spędzają z sobą więcej czasu niż my w naszym zabieganym świecie.

I tak dobiegła końca część pierwsza relacji z trekingu. Ktoś tu dotarł? Ciąg dalszy nastąpi i czeka na Was nocleg w dżungli i gotowanie bamboo cooking. 🙂

 

Jeśli zainteresował Cię temat Laosu zapraszam do innych tekstów o tym kraju.

Spodobał Ci się post? Zostaw po sobie ślad dając lajka lub komentując. Nie przegap następnego wpisu śledząc Okiem Maleny na Facebooku. Do zobaczenia.

19 komentarzy

  1. Fajny pomysł na zwiedzanie – nie widzę tutaj żadnego negatywnego ingerowania w życie miejscowych. W sumie rzadko kiedy w tego typu miejscach tak się dzieje, ale jednak to, co opisałaś, wydaje się mieć ręce, nogi i głowę

  2. Zawsze mam dylemat z takimi atrakcjami. Z jednej strony miejscowi na nas zarabiają, często nie mając wiele alternatywnych źródeł dochodu. Z drugiej strony wydaje mi się to trochę nie w porządku. Trochę jakby takie ludzkie zoo. Piszę ogólnie, bo to co opisujesz wygląda sensownie, ale sama złapałam się na takie oglądanie wiosek w Etiopii i od tamtej pory jestem przewrażliwiona. Bardzo ciężko jest znaleźć granicę między zwiedzaniem, poznawaniem a ingerowaniem w życie miejscowych…

    1. Zgadzam się z Tobą w 100%. Dlatego m.in. nie zdecydowałam się na odwiedziny w wiosce grupy Karen w Tajlandii – bo jak się poczyta o kulisach to, aż się słabo robi. Jednak mam wrażenie, może mylne, oby nie, że opisywane przeze mnie odwiedziny w wiosce grupy Lanten nieco się różnią. To jest po prostu „funkcjonująca wioska”,a my jesteśmy przechodniami.

  3. Rozwazalam w tych okolicach inny rodzaj trekkingu z inną firmą. Nie pamiętam nazwy, jak znajdę ulotkę, to wspomnę o tym na blogu. W każdym razie dla mnie głównym punktem atrakcji był zjazd na linach z widokiem na dżunglę z góry. Pamiętam opcje 1, 2 i 3 dniową. Ceny uzależnione od ilości uczestników kształtowały się w okolicach 200$. Niestety była to pora sucha, gorsze widoki i mało chętnych. Dlatego się nie zdecydowałam…ale następnym razem w błocie października na pewno skorzystam! Zresztą mam znajomego, który takie trekingi organizuje i trochę mi naopowiadal o tych liniach, stopniu bezpieczeństwa itp. W przypadku zwiedzania wiosek mam mocno mieszane uczucia. Z jednej strony wierzę, że ich mieszkańcy jednak zarabiają na turystach…z drugiej takie miejsca można oglądać za darmo…i wtedy są bardziej autentyczne.

    1. W pewnym sensie masz rację, jednak nie odważyłabym się dreptać przez dżunglę 6 km sama 😉 A co do odwiedzin w wiosce był to jeden z elementów, a nie główny magnes trekingu 🙂 Każdy wybiera coś innego – mnie nie kręciłoby zjeżdżanie na linach nad dżunglą, dlatego wybrałam „zwyczajny” treking.

      1. Mnie przeraża sama fraza „treking w dżungli”, a co dopiero przedzieranie się przez nią w pojedynkę. Niechybnie coś by mnie użarło albo zgubiłabym się na dobre 😉

  4. Dysproporcje przejawiają się tym, że (i) nie otaczają się dobrami materialnymi i (ii) praktycznie nie emitują dwutlenku węgla. A Ty o ile ostatnio zwiększyłaś zawartość gazów cieplarnianych w atmosferze? Czy wybrałaś się już poszukiwaniu przecen końca sezonu? (-:,

    1. Dysproporcje przejawiają się również w tym, że mają ograniczony dostęp do edukacji itp. itd. Podejrzewam, że zwiększyłam je o tyle samo co przeciętny człowiek. A co do przecen – to juz totalnie bez sensu i nie na temat 🙂 Nie, nie wybrałam się, bo nic aktualnie nie potrzebuję 😉 ale kupuję w 90% na wyprzedażach, bo ceny podstawowe są dla mnie tak głupie, że nie mam ochoty ich płacić.

    1. Racja, w tym poście są zdecydowanie ciekawsze 🙂 No ale bez „reporterskich” nie byłoby całokształtu 😉

Dodaj komentarz