Such a lovely place, such a lovely face…

Macie coś takiego jak piosenka podróżnicza? Piosenka, którą zawsze włączacie gdy marzenia o nowej podróży stają się faktem? Którą włączacie po czarodziejskim klik „kup bilet” i nim on doleci na waszego maila, Wy już ją radośnie podśpiewujecie otwierając maila z potwierdzeniem płatności i całkiem nowym biletem? U mnie niepodzielnie od dwóch lat tej chwili towarzyszy główny motyw z filmu Vicky,Christina,Barcelona grana przez Giulia Y Los Tellarini. To jest też zazwyczaj pierwszy utwór, którego słucham w samolocie lub autobusie.

Są też piosenki, których pierwsze dźwięki już nieodłącznie przenoszą mnie w inne miejsce i czas.

Caruso w wykonaniu Pavarottiego to Toskania. Zamglone od gorąca powietrze, senne, lekko wypłowiałe barwy, winnice, ptaki na niebie, gdzieś w oddali rysujące się kształty kolejnego miasteczka. Wąskie drogi wśród sennej zieleni winnic, złamanej czerwienią pól makowych. Taka błogość ogarniająca wszystkie zmysły.

Time to say goodbye Andrea Bocelli i Sarah Brightman to od kilku miesięcy Vigan na filipińskiej wyspie Luzon i taniec fontann. Pierwszy taniec fontann z prawdziwego zdarzenia jaki widziałam. Stałam oszołamiona grą świateł, dźwięków, tańcem wodnych strumieni. Wokół mnie tłum ludzi, ciemna noc i to bajkowe przedstawienie. Dla takich chwil warto żyć.

Barcelona to wcale nie moja piosenka podróżnicza, to przekornie francuski Stromae – Tous les memes, na którego koncert pędziłam z lotniska i niestety się spóźniałam. Jechałam taksówką przemierzając w burzy pół Barcelony aby usłyszeć preludium do Primavera Sound 2014 i to z okazji dnia pierwszego, darmowego. Zamiast koncertu przywitały mnie strugi deszczu, gasnące światła na scenie, niebo przecinane do białości piorunami i zimne piwo na pocieszenie.

Bałkany to odrębna kategoria, o ich dźwiękach mogłabym napisać całą książkę. A co jeden dźwięk to bardziej gorszący ucho wytrawnego melomana. Chorwacja i Czarnogóra to niepodzielnie turbo-folk oraz dla odtrutki stary, dobry jugo – rock, do tego można dodać kilku regionalnych wyjców. I tak na przemian rzewnie, mocno i umca umca. Tak, Chorwacja i Czarnogóra to dwa kraje gdzie moje ucho przyswaja i uwielbia najgorsze dźwięki i co gorsza wcale się tego nie wstydzi. Żadna Ceca, Colonia, Bobany wszelakie i Severiny mi nie straszne. Może to przez fakt, że je doskonale rozumiem, że ten region traktuje jak drugi dom i te dźwięki, zarówno jak gęślarze intonujący górski wieniec Njegosza na szczycie Lovćenu, to nieodzowny urok tego regionu.

Nie pytajcie mnie na Bałkanach jaka muzykę warto kupić na pamiątkę. 😉 Lepiej nie.

Przemierzając Filipiny autobusami miałam powtórkę ze wszystkich rockowych ballad z czasów liceum i późnej podstawówki. Co tam nie leciało. Czasem je teraz włączam  i od razu robi się jakoś cieplej, a przed oczami malują mi się wąskie drogi, serpentyny górskie, pola ryżowe, autobusy pędzącą zbyt szybko, raz po raz mijane przydrożne wioski  i jeden z piękniejszych zachodów słońca. Jest jednak jedna piosenka, która już na zawsze będzie przenosiła mnie w ten cudowny region. Hotel California, The Eagles. Była wszedzie, w górskiej, zamglonej Sagadzie, w Pagsanjanje znanym z Czasu Apokalipsy, na rajskim Palawanie. Przebijała się z oddali, otulała z bliska. Jej dźwięki wyłaniały się z każdego zakątka, knajpki, autobusu i yeepney’a, konkurowała z turkotem motoru w łódce podczas island hoppingu. Tuż za nią w rankingu częstotliwości było całkiem współczesne Magic, Rude.

Bangkok to od tegorocznego Water Festiwalu, czyli tajskiego nowego roku, niepodzielnie PSY. Ale o Water Festiwalu kiedy indziej, to totalne szaleństwo. Śmigus dyngus tylko do potęgi 1000 i jeszcze przemnożony kilkakrotnie. Gdy macie ochotę poczuć się jak dzieci musicie to przeżyć. Nie teraz jest zdecydowanie za zimno, chmurnie i zbyt grypowo mi dziś, aby opisać to wodne szaleństwo 🙂

A Wy? Macie swoje podróżnicze hity, piosenki, bez których nie ruszacie się nawet na krok? W mojej bibliotece jest to album Bocellego; Stromae; OST z Vicky, Christina, Barcelona; Easy FNM; One day Asafa Avidana;  i od niedawna Hotel California 😉 Nie lubię tej muzyki zmieniać, nie lubię mieszać jej z inną. Każdy wyjazd dodaje jakiś utwór. Nie więcej.

toskania, san gimignano

toskania

Dodaj komentarz