Site icon Okiem Maleny

Kuchnia Laosu – co dobrego da się zjeść?

azjatycki street food

azjatycki street food

Kuchnia Laosu – kilka słów wstępu

Na kilka dni przed wyjazdem zawsze panika miesza się radością i ekscytacją. W zeszłym roku tuż przed wyjazdem do Laosu panika sięgnęła zenitu. Opis trasy i wskazówki co, gdzie i jak znajdziecie TU [KLIK]

Trochę za uszami ma tu starszy brat, co zmartwiony, że młodsza siostra jedzie sama z koleżanką na drugi koniec świata, zabrał nas na rozmowę uświadamiającą. Tak, młodszą siostrą  zostaje się na zawsze. Nie ważne ile się ma lat, ile się zrobiło, przeżyło. Zawsze będzie się tą młodszą siostrzyczką, co niepostrzeżenie buty gubiła i wyrzucała z wózka na spacerze 😉 . W każdym razie po rozmowie miałam bardziej ochotę zamknąć się w szafie i czekać, aż znajdę Narnię niż gdziekolwiek jechać. Rozsądek mówił, wiesz co, gdzie i jak, znasz Azję lepiej od niego. Laos to nie Indie.

Co to ma wspolnego z kuchnią? Ano to, że aby się uspokoić usiadłam do internetu i wpisałam sobie w google Laos wrażenie, Laos itp. Chyba moje nastawienie wpłynęło na wyniki wyszukiwarki, bo z każdym czytanym artykułem było gorzej. Ludzie – okropni, kradną, kasują prawie, że za oddychanie. Drogi – koszmar, najlepiej jeździć w kasku w autobusie, żeby wyjść z tego cało. To akurat się sprawdziło i rzeczywiści na jakimś wyboju podskoczyłam tak, że lekko uderzyłam w sufit. Kuchnia – obrzydlistwo jakieś. Bez zatrucia ani rusz. Na wszelki wypadek sfotografowałam zdjęcie proszku na zatrucie absolutne, bez którego grozi co najmniej śmierć. Zamknęłam komputer i próbowałam zasnąć rozmyślalając o tym gdzie ja ciągnę kumpelę. Bo ja, to ja, wiem gdzie chcę (choć w tym momencie już nie za bardzo wiedziałam), ale czemu bogu ducha winną Gośkę też na ten koszmar skazuję?

A jak było w rzeczywistości? Co dobrego udało się zjeść w Laosie?

  1. Larb, Laarb, Laap

To zdecydowanie mój numer jeden. Siekane mięso z liścmi kafiru (limonki), mietą, bazylią, tłuczonym prażonym ryżem. Podawany oczywiście z ryżem. Fantastyczny ziołowy smak. Nie wyjeżdzajcie z Laosu nie próbując go. Jadłam w kilku miejscch i zawsze był tak samo wspaniały. Przepis znajdziecie TU [KLIK]

2. Lao barbecue

Odkrycie z Nong Khiaw. Jesli lubicie zabawy typu fondue, gdzie samemu trzeba się troche pobawić nim coś zjecie napewno przypadnie Wam do gustu. Dostaniecie puzzle i trzeba je połączyć. Najpierw na stół przybędzie żeliwny kociołek z żarzącymi się węglami i stalową nakładką. Kolejny element to czajniczek w bulionem, koszyk zieleniny i grzybów, makaron, surowe mięso, solidny kawał słoniny i jajko. Co dalej? Bulion wlewamy do rynienki i w nim gotujemy makaron i warzywa z grzybami, skorupkę jajka zręcznie przebijamy pałeczką i wlewamy do bulionu. Wierzchołek nakładki smarujemy słoniną i kładziemy cienkie plastry mięsa. I tak powoli sobie jemy, dokładamy składniki. Bardzo smaczne i przy okazji fajna zabawa.

 

3. bagietki z Luang Prabang

Laos należał do Francuskiego protektoratu Indochin i to chyba pozostałość z tych czasów. Bagietko – kanapki z czym dusza zapragnie. Mój faworyt to kurczak + awokado 🙂 Jesli unikacie surowych warzyw to niestety w tych bagietkach występują i to w dużej ilości. W Laosie złamałam zasadę jedzenia tylko tego co ugotowane.

4. Noodle Soup

Laos słynie z zup. Podobno są podobne do słynnej wietnamskiej zupy Pho. Nie wiem, w Wietnamie mnie jeszcze nie było. Zupa jest obecna zawsze i wszędzie jak tuńczyk w Kataloni. Nawet na śniadanie można ją zjeść. Tu nie napisze Wam zbyt wiele. Pierwsza jaką jadlam w nocnym markecie w Luang Namtha była tak obrzydliwa, że zrazilam się do niej skutecznie. Pływały w niej kawałki mięsa koloru dość trupiego. Jest to jak dotąd pierwsza potrawa, której nie byłam w stanie zjeść i nie zjadłam. W Azji południowo / wschodniej kieruję się zasadą, że mój żołądek jest mądrzejszy ode mnie i jeśli powie mi – nie chce tego, nie zmuszam się. I to był ten moment. Głupio mi strasznie było odstawić pełen talerz zupy, ale przerosła moje możliwości.

5. Świeże sajgonki

Coś wspaniałego. Spring rolls w wersji niesmażonej. Faszerowane surowymi warzywami i podawane z niesamowitym sosem z orzeszków ziemnych. Próbowałam znaleźć przepis i odtworzyć smak tego sosu w domu, niestety poległam. Spring rollsy uwielbiam, ale powiem Wam, że te świeże chyba przebiły smażone.

6. Nerkowce z liśćmi kafiru

A jesli jestesmy już przy orzeszkach to w Laosie odkyłam pyszną przegryzkę. Orzechy nerkowca prażone z liśćmi kafiru. Liście kafiru czyli limonki są niezwykle aromatyczne. Idealna przekąska do piwa albo czekadełko na danie główne.

7. bamboo cooking

Jeśli zdecydujecie się na treking w dżungli razem z noclegiem bardzo możliwe, ze będziecie mieli okazje spróbować potrawy gotowanej w bambusie. Tak, tak w bambusie. Gdy bambus jest jeszcze zielony idealnie spełnia funkcję garnka, bo ma w sobie tyle wody, że włożony do ogniska nie pali się. Do takiego garnka wkładamy mięso lub w wersji wegetariańskiej tofu, przyprawy, kwiat bananowca, odmianę ogórka i dusimy. Przepyszne. Szczerze mówiąc to przysmaki gotowane w dżungli zajmują chyba ex aequo pierwsze miejsce razem z Larbem. Więcej o kolacji oraz noclegu w dżungli przeczytacie TU [KLIK].

8. Ryż kleisty

Napisanie postu o jedzeniu w Laosie, bez wymienienia sticky rise to byłby wielki nietakt 😉 Powiem Wam szczerze – tak dobrego ryżu jak w Laosie nie jadłam nigdy wcześniej. Warto wspomnieć, że w Laosie uprawia się i pożera najwięcej gatunków i największą ilość ryżu kleistego. Gałązki ryżu znajdują się też w godle Laosu oprócz świątynie Pha That Luang.

W Restauracjach ryż podawany jest w specjalnych koszyczkach. Je się go rękoma. Nie zapomnijcie po skończeniu zamknąć koszyczka. Laotański savoir – vivre. Czasem może się zdarzyć, że napotkacie ryż podawany w bambusowych tutkach. Gdy wybierzecie się na treking i tam ryż Was nie ominie. Tym razem będzie zapakowany w liście bananowca. Liście bananowca są dość twarde i łamliwe, jednak trzymane przez chwilę nad ogniskiem stają się giętkie – w sam raz do zapakowania porcji ryżu dla każdego.

9. ciasteczka kokosowe

Pierwszy dobry deser w tej części świata. Przepyszne, ciepłe, puchate kuleczki o smaku kokosowym. Może zauroczyły mnie tak, bo było zimno i można było się od nich choć trochę ogrzać, ale ilekroć je widziałam nie umiałam się im oprzeć.

10. A czym to popić?

Oczywiście wodą mineralną butelkowaną. Żartuję. 😉 W Laosie jest całkiem dobre beer Lao. Możecie też się skusić na spróbowanie Lao Lao czyli typowego laotańskiego alkoholu robionego oczywiście z ryżu. Piłam go dwa razy. Raz podczas trekingu ze wspólnego kieliszka w kółku, jak w Bieszczadach księżycówkę 😉 Smakował całkiem przyjemnie. Drugi raz w wersji ze żmiją i skorpionem. Z nakrętki, w kółku 😉 jak w Bieszczadach … tylko księżycówka jest lepsza 😉 Skończyło się dramatycznym kacem dnia następnego 😉 A na wspomnienie słodkawego posmaku mdli mnie do dnia dzisiejszego. Wersja prawdziwa zdecydowanie wygrała z wersją turystyczną – zresztą nic w tym dziwnego 😉

Oprócz alkoholu polecam Wam spróbowanie herbaty z trawy cytrynowej. Pycha. W dżungli robiło się ją w ten sposób, że nożem nacinało się i tłukło końcówkę trawy cytrynowej, wrzucało do bambusowego kubka i zalewało wrzątkiem. Pycha. Czasem to wychodzi w Polsce – ale tylko gdy kupicie mrożoną trawę cytrynową. Ta świeża ma mniej aromatu i podróż ją trochę dobija. Jeśli Wam zasmakuje można kupić zapas suszonej trawy cytrynowej.

No i oczywiście nie przegapcie wody kokosowej. Jedni mówią, że mdła, inni, że bez smaku, ja ją uwielbiam i wykupuję w Biedronce wszystkie świeże kokosy ilekroć się pojawią 😉

11. To wszystko?

Nie, zdecydowanie nie udało mi się tu wymienić wszystkich fajnych rzeczy jakie jadłam w Laosie. Dodam Wam do tego jeszcze Pad Lao – czyli laotańska wersja tajskiego Pad Thaia. Na śniadanie możecie wcinać pyszne omlety z warzywami – w wersji co się nawinie – znajdziecie tam i grzyby, i warzywa. Czasem omlet podawany jest z ryżem 😉 i smażonymi wodorostami.

Na straganach znajdziecie cuda za grosze. Od naleśników do grillowanych warzyw.  Do tego pyszne chipsy z batatów 😉 Nie powinniście chodzić głodni w Laosie. Mnie nigdy nic nie zaszkodziło, ale może to dlatego, ze zawsze zamawiam wersję spicy i jem dość ostro. A propos ostro to zielone papryczki maczane w soli są boskie 😉 Z solą można też połączyć pomelo – zdecydowanie wole jednak wersję bez soli.

 

 

Exit mobile version