Site icon Okiem Maleny

Kobiety drogi – Maria Garus

Dziś w cyklu Kobiety Drogi zapraszam Marię Garus, która w tym roku jest nominowana do Travelerów w kategorii: podróż. Maria jest w trakcie rowerowej podróży, która zaczęła się na Alasce, a skończy w mieście Ushuaia w Argentynie – w sumie pokona 27.000 km. Pandemia koronawirusa zmusiła ją do przerwania podróży w Argentynie i do powrotu do Polski, jednak jak mówi na trasę powróci jak to tylko stanie się możliwe. Porozmawiamy o spełnianiu marzeń oraz o pokonywaniu własnych barier i lęków – bo to właśnie jest najcenniejszym doświadczeniem jakim chce się z nami podzielić autorka projektu solowomancyclist.com. Dodatkowo zobaczysz jak zaczął zmieniać się świat w dobie rozprzestrzeniającej się pandemii.

Miałam 30 lat, a nie wiedziałam podstawowych rzeczy nawet o sobie samej.

MMKGdy przeczytałam Twoją opowieść na jednej z grup podróżniczych bardzo mnie zainteresowałaś. Zacznijmy od początku. Ukończyłaś studia, pracowałaś na uniwersytecie, Twoje wcześniejsze doświadczenia z wyprawami rowerowymi nie zapowiadały wielkiej miłości. Aż tu nagle rzucasz pracę, sprzedajesz wszystko i wyruszasz, aby być pierwszą kobietą na świecie, która przejedzie tę trasę. Jak długo podejmowałaś tę decyzję? Co Cię skłoniło do tak radykalnych cięć?

MG: Haha, no idealne podsumowanie 😛 Tak, moja pierwsza wyprawa rowerowa z przyjaciółmi zakończyła się wielką porażką. Popłakałam się w środku gór na Korsyce i cała moja grupa specjalnie dla mnie musiała zmienić trasę. Zjechaliśmy z gór na wybrzeże które tak naprawdę okazało się jeszcze trudniejsze, bo strasznie wzgórzyste. Także zamiast jednej wielkiej góry, miałam codziennie swoje małe Golgoty. Niemal każdego dnia modliłam się żeby ten dzień się jak najszybciej się zakończył i żebym mogła wrócić już do domu oraz odpocząć 😛 Po powrocie rzuciłam rower w kąt i powiedziałam sobie: Nigdy więcej!!! 

No, ale wytrzymałam może tydzień i znów zaczęłam jeździć na rowerze do pracy, bo chodzenie pieszo strasznie mnie nudziło zawsze. A w pracy zamiast pracować to myślałam o Sardynii i Korsyce i te wspomnienia zaczęły mnie kręcić w brzuchu jak nigdy. Powoli zaczęłam myśleć o solo wyprawie gdzieś daleko. Wiedziałam, że nie mam żadnego doświadczenia ani w podróżowaniu, ani w pedałowaniu, nie mówiąc już o tym że nigdy nawet nie byłam sama w życiu a co dopiero gdzieś daleko.
Wiedziałam że się będę bardzo bała i zrobię wszystko żeby wrócić jak najszybciej do domu. Postanowiłam więc odciąć sobie sama tą potencjalną drogę ucieczki: rzuciłam pracę, dotychczasowe życie i znalazłam najbardziej odległe miejsce jakie tylko przyszło mi na myśl: Alaskę. Gdy wyruszałam wcale nie myślałam o tym, że mogę być pierwszą kobietą która przejedzie Amerykę trasą przez Góry Skaliste i Andy. Tak naprawdę wątpiłam czy mogę dojechać nawet do Kanady. Po prostu chciałam jechać po to, żeby wyzbyć się mojego lęku który był we mnie od zawsze: przed rozmawianiem z obcymi, używaniem języka angielskiego, przed naturą, ale przede wszystkim przed byciem sama ze sobą. Decyzję podjełam i wykonałam w około pół roku, bo wiedziałam że czym szybciej to zrobię tym lepiej. Z każdym dniem bowiem miałam coraz więcej wątpliwości i byłam pewna że jeszcze trochę, a stchórzę i nic nie zrobię. To Było naprawdę trudne i z perspektywy czasu myślę, że podjęcie decyzji o tej podróży było tak naprawdę trudniejsze niż sama podróż.

To, co mnie popchnęło do tego żeby tak radykalnie odmienić swoje życie to właśnie świadomość mojego własnego strachu: wobec innych, wobec siebie, wobec świata. To świadomość, że miałam 30 lat, a nie wiedziałam podstawowych rzeczy nawet o sobie samej: jakim chciałabym być człowiekiem, po co tu jestem, do czego zmierzam, co lubię a co mnie wkurza. Chciałam poznać odpowiedzi na te pytania dogłębnie i bez wątpliwości, a nie znałam innego sposobu jak po prostu zburzyć wszystko co wydawało mi się że znam i zbudować na nowo, na podstawie tego co jestem pewna że jest prawdziwą mną, tak krok po kroku…

MMKSpakowałaś się w kilka sakw i wyruszyłaś. Z czasem coraz bardziej minimalizujesz towarzyszący Ci bagaż. Jak zmieniło się Twoje podejście do rzeczy podczas podróży? Są jakieś totalnie niepraktyczne gadżety, które nadal Ci towarzyszą?

MG: Tak, spakowałam wszystko co miałam do 6 sakw: 4 bocznych, tylniej i na kierownicę. Na początku wszystko wydawało mi się niezwykle ważne i bałam się że zginę gdzieś na drodze bez tych rzeczy. Jeździłam między innymi z mini zestawem do wędkowania, miałam z 10 par majtek, 3 garnki do gotowania, krzesiwo którego nawet nie umiałam używać, linki ratownicze mimo że nie znałam prawie żadnych węzłów i mnóstwo innych, „niezbędnych” rzeczy.

Wraz z czasem jednak i rosnącym doświadczeniem oraz pewnością siebie zaczęłam minimalizować sprzęt, oddawać innym rzeczy których nie używam, lub używam rzadko. W Boliwii i Argentynie doszłam już do stanu w którym prawie nie używałam namiotu tylko spałam pod tarpem wykonanym z obróconego do góry nogami roweru, przestałam tak bardzo bać się pająków oraz węży i spałam po prostu na glebie bez żadnych ścian oddzielających mnie od przyrody. Ostatecznie udało mi się zejść do zaledwie 2 sakw i wciąż mam nadzieję że wkrótce zacznę jeździć czysty bikepacking po to, by móc wspinać się jeszcze wyżej i przemierzać jeszcze bardziej szalone odcinki.

Byłam uzależniona od towarzystwa, a przecież chciałam być niezależna

MMKPiszesz, że aby wyruszyć w tę podróż musiałaś pokonać wiele wewnętrznych barier i lęków. Czego najbardziej się bałaś? 

MG: Każdy ma swoje lęki głębiej lub płycej poukrywane. Ja przede wszystkim bałam się ludzi: miałam kłopot z zagajeniem rozmowy, blokowałam się na obcych, wstydziłam się mówić publicznie i do szerszego grona gdy ludzie na mnie patrzyli, ciężko mi było dukać po angielsku bo czułam się jak idiotka. Bałam się też samotności i bycia solo. Nigdy wcześniej nie podróżowałam sama, praktycznie nigdy nie spacerowałam sama tak dla siebie, niewyobrażalne było dla mnie iść do knajpy lub restauracji sama. Byłam uzależniona od towarzystwa, a przecież chciałam być niezależna. Bałam się też polegać na sobie i zaufać sobie w lesie czy na pustkowiu. Chciałam nauczyć się tego wszystkiego, a żeby to zrobić musiałam najpierw zaakceptować i poczuć głęboko mój lęk żeby wiedzieć jak z nim walczyć.

MMKA umiejętności? Czego nowego nauczyłaś się podczas podróży?

MG: Życie jest najlepszym nauczycielem a będąc tak długo w podróży masz przyśpieszony kurs nauki niemal wszystkiego. Przede wszystkim nauczyłam się trochę więcej o najważniejszej osobie w moim życiu – o sobie samej. Wiele rzeczy których byłam pewna przedtem okazywały się totalną nieprawdą podczas podróży i na odwrót. Wiem teraz lepiej czego chcę i co mnie interesuje. Nie mam potrzeby udowadniać już komukolwiek czegokolwiek, co znacznie poprawia mój komfort życia i daje mi większy spokój, choć oczywiście, jak to w życiu, każdego dnia na nowo musimy się sprawdzać i weryfikować. Nauczyłam się też pokładać więcej ufności w swoje własne możliwości: już teraz wiem że mogę nauczyć się nowego języka praktycznie od zera, wiem że mogę nauczyć się podstaw mechaniki roweru i sama sobie naprawić, w podstawowym zakresie, sprzęt, jeśli będzie taka potrzeba gdzieś na odludziu. Wiem, że nikt nie może mnie zatrzymać dopóki sama wewnętrznie nie zatrzymam siebie. Ta podróż okazała się tak naprawdę nie lekcją umiejętności technicznych czy wytrzymałości fizycznej ale nauką siebie samej i otaczającego mnie świata od podstaw.

Praca w szpitalu w najniebezpieczniejszym regionie Meksyku

MMKPodczas podróży podejmowałaś wiele prac i wolontariatów, który z nich wydaje Ci się najciekawszy?

MG: Myślę, że najciekawszym wolontariatem w moim życiu okazała się praca w szpitalu w Ocosingo w Chiapas w Meksyku. To jeden z najbardziej niebezpiecznych regionów w Meksyku, a według wielu osób z którymi rozmawiałam, najniebezpieczniejsze miejsce na całym kontynencie Amerykańskim. Do lokalnego szpitala indiańskiego przyjechali emerytowani lekarze z USA po to by pomóc leczyć pacjentów z okolicznych wiosek. Przywieźli ze sobą sporą ilość darów od północnych sąsiadów: jedzenie i najpotrzebniejsze rzeczy jak okulary. Na tym terenie ludzie w przeważającej mierze nie mają dostępu do bieżącej, oczyszczonej wody. Często piją wodę z rzek, która zawiera niebezpieczne drobnoustroje odpowiedzialne za liczne przypadki ślepoty wśród lokalnych plemion. Amerykańscy lekarze potrzebowali pomocy przy tłumaczeniu w językach angielskim i hiszpańskim oraz przy przydzielaniu tych okularów za darmo ludności. Dzięki temu kobiety mogły szyć i sprzedawać ręcznie robione ubrania dla turystów w San Cristobal de las Casas a mężczyźni iść w pole, co często było gwarancją tego że ich bardzo liczne dzieci będą mogły jeść i iść do szkoły. 

Ludzie krzyczeli na mnie z drogi i wyzywali od Gringo

MMKDo tej pory przejechałaś 24.000 km powiedz jak ludzie reagowali na widok dziewczyny przemierzającej świat na rowerze? Czy były jakieś regiony, które opuściłaś z uczuciem ulgi?

MG: Generalnie ludzie reagowali szokiem i zdziwieniem. W wielu krajach automatycznie zakładali, że ten solo rowerzysta z sakwami w jednych z najbardziej niebezpiecznych rejonach świata jak Salwador czy Honduras to mężczyzna. Często dopiero jak się zatrzymałam i chciałam kupić coś do jedzenia i picia to po moim głosie poznawali że przecież jestem kobietą :P. Niemal każdy wtedy wypytywał standardowo o te same rzeczy: czy się nie boję jeździć sama? Czemu nie ma ze mną faceta? Czemu jestem stara i nie mam dzieci? Czy nie boję się że mnie ktoś napadnie?

Generalnie praktycznie nigdy nie miałam większych problemów z ludźmi ale niestety znacznie gorzej było w Ameryce Środkowej. Ten region charakteryzuje się bardzo dużymi problemami społecznymi i tam uczucie strachu towarzyszyło mi bardzo często. Jednym z najcięższych miejsc dla mnie okazał się indiański, bardzo zamknięty, region Alta Verapaz w Gwatemali. W tym regionie wg prawa indiańskiego kobiety nie mogą generalnie jeździć na rowerze, zwykle nie podróżują a już zwłaszcza bez mężczyzny i ogólnie region ten (poza stricte turystycznymi miejscami) jest dość wrogo nastawiony do białych. Ja jechałam bardzo niebezpiecznymi, wyizolowanymi, poza turystycznymi lokalnymi trasami i łamałam wiele żyjących tam bardzo mocno stereotypów.

Ludzie dość agresywnie reagowali na moją obecność także z innego, bardzo niebezpiecznego powodu: przejeżdżałam tam tuż przed wyborami i ludność miejscowa była bardzo rozjuszona walką polityczną partii i kandydatów, wioski się podzieliły na frakcje i byłam trochę ofiarą tej sytuacji łączącą wszystkich wobec wspólnego wroga: białej kobiety jadącej solo na rowerze przez ich ziemie. Ludzie krzyczeli na mnie z drogi i wyzywali od Gringo, co w Gwatemali jest dość obraźliwe, blokowano mi drogę przejazdu, czasem ktoś pokazał środkowy palec, zakładano od razu że pochodzę z USA i nie chciano mnie w pierwszym momencie obsłużyć w sklepie zanim wściekła nie wytłumaczyłam skąd jestem. Musiałam też przejechać kilka niezwykle niebezpiecznych blokad wymuszających haracz na totalnych odludziach… Muszę przyznać że ten region: Alta Verapaz prawie mnie złamał i byłam naprawdę bliska porzucenia mojego projektu i powrotu do domu. Przez kilka tygodni niemal codziennie bałam się o życie i musiałam od samego rana do zmierzchu mierzyć się z dużym niezadowoleniem mieszkańców, dystansem wobec mnie i ostentacyjnym odwracaniem głowy gdy przejeżdżałam. Na tym odcinku dla bezpieczeństwa musiałam spać na posterunkach policji, w bazach strażackich lub płatnych kampingach. To było bardzo trudne doświadczenie i wymagało ode mnie wiele pracy nad sobą i swoją psychiką, a także przeprowadzenia wiele rozmów z ludnością lokalną żeby zrozumieć podłoże tej sytuacji i nauczyć się nie brać tego osobiście, co oczywiście wymagało bardzo dużo czasu i łez.

Prawda niestety zawsze leży po środku i ludzie w tych miejscach byli niezwykle boleśnie doświadczeni przez los, w większości przypadków nie z ich winy, a z powodu braku edukacji, biedy, głodu, wykorzystywania i lekceważenia ich potrzeb oraz praw. Rozmawiałam jednak z innymi rowerzystami którzy przejeżdżali ten region w parach i w bardziej spokojnych politycznie czasach. Byli oni generalnie zadowoleni oraz nie doświadczyli moich średnio przyjemnych przygód dlatego jednoznacznie nie mogę odradzać tego regionu aczkolwiek na pewno zalecałabym naprawdę dużo ostrożności. Chciałabym jednak naprawdę bardzo silnie podkreślić, że poza tym specyficznym, bardzo trudnym regionem, praktycznie 99% czasu i kontaktów z lokalnymi społecznościami (zwłaszcza w krajach uznanych za jedne z najniebezpieczniejszych na świecie takich jak Salwador czy Honduras), przebiegały niezwykle przyjacielsko, z niespotykaną dozą otwartości i ciekawości świata której my Europejczycy możemy tylko pozazdrościć Latynosom. 

Jeśli się czegoś boisz, zrób to!

MMKWielokrotnie na Twojej stronie można znaleźć hasło: Jeśli się czegoś boisz, zrób to! Ale skąd zawsze brać odwagę?

MG: Tak, to hasło przyświeca całej mojej wyprawie. Wybrałam je wtedy, gdy postanowiłam zmienić swoje życie i przestać wreszcie tak bardzo użalać się nad sobą. Zaczęłam starać się myśleć o moim życiu, mojej podróży jak o baśni pełnej piratów, przygód i pięknych krajobrazów. Wyobraziłam sobie, że jestem największym bohaterem swojej własnej historii i że mogę poprowadzić swoje życie tak jak tylko chcę, kompletnie od podstaw, zapominając o społecznych wymogach i problemie pieniądza, na zupełnie innym kontynencie, w moim Nowym Świecie.

Czasami bywało bardzo trudno, ale wtedy starałam sobie tłumaczyć, że może tam, gdzieś na górze, patrzy na mnie Ktoś i chciałabym żeby się nie zanudził, żeby oglądając mnie miło spędzał czas i się dobrze bawił zamiast z niecierpliwością czekać na to, aż wreszcie pojawi się kolejny aktor na tej samej scenie. Gdy płakałam i chciałam wrócić z podkulonym ogonem do domu, przypominałam sobie, że przecież, tak naprawdę, każdego dnia na tym świecie trwa walka dobra ze złem i jak każdy człowiek na ziemi, jestem częścią tej batalii. Zaczęłam zdawać sobie sprawę, że jadę nie tylko dla siebie, ale także po to, żeby dobro zwyciężyło nad złem choć w malutkim zakresie, w takim, na jaki mnie stać. Zrozumiałam, że tak naprawdę mogę odmienić komuś życie, że może ktoś weźmie też rower i ruszy jakiś mały odcinek, cokolwiek, sam, a tym samym stanie się inspiracją dla innych i tak to będzie rosło, a tym samym realnie zmienimy troszeczkę ten świat. To wszystko dodawało mi sił i odwagi. 

Mi zajęło 33 lata zanim odkurzyłam swoje skrzydła i wyskoczyłam ze znajomego okna gdzieś w mój Nowy Świat

MMKPiszesz, że jedną z najważniejszych wartości jest wolność. Czym ona jest dla Ciebie?

MG: Świat wbrew pozorom może być bardzo prosty jak mu się tak trochę przyjrzeć z bliska na mój chłopski rozum. Mamy w nim tak naprawdę tylko jedną rzecz która się liczy i jest ponadczasowa, uniwersalna oraz nieskończona: miłość. Rozszerzając to jeszcze odrobinę dalej, można by powiedzieć, że mamy w sumie dwie niezmienne rzeczy: miłość oraz brak miłości, bo przecież otrzymaliśmy wolną wolę i ZAWSZE musimy mieć wybór. O tym mówią wszystkie religie świata, wszystkie filozofie świata, wszystkie historie niesamowitych ludzi we wszystkich księgach oraz filmach świata, ale i historie ludzkich tragedii, nieszczęść oraz wojen będących na przeciwległym biegunie.  Wszystko na świecie jest wynikiem tej odwiecznej wojny dobra i zła, codziennie podejmowanych wyborów każdego z nas od zarania dziejów po dziś dzień: odwaga i strach, pokój i wojna, życie czy śmierć a także: wolność i zniewolenie.

Można by więc w uproszczeniu powiedzieć, że całe dobro świata wynika z miłości: z miłości do siebie, do Innego oraz do świata jako obrazów nieskończonego Boga jakkolwiek go nie nazwać. Jeśli prawdziwie kochasz, to nie nienawidzisz, nie zniewalasz, nie bijesz, nie mordujesz, nie gwałcisz i nie niszczysz. Można by w uproszczeniu powiedzieć więc, że całe zło tego świata wynika z braku miłości przede wszystkim do siebie, a także z lęku wobec innych, wrogości wobec świata i zwierząt, wobec nieznanego oraz niezrozumiałego. Strach jest tu kluczem, bo wg mnie tak naprawdę ze strachu wynika każde zło tego świata, a tym samym brak miłości na świecie.

Wolność cechuje nielicznych ludzi którzy mają odwagę by żyć według własnych przekonań, by używać swoich talentów i pełni możliwości, tych którzy nie idą na łatwiznę słuchając głosu społeczeństwa i polityków, którzy wkładają samodzielną pracę w to, żeby zrozumieć i wyciągać wnioski z empatią i bez oceniania, ludzi którzy mają siłę by wziąć odpowiedzialność za swoje własne życie i ponosić ich konsekwencje. Cechuje wreszcie tych, którzy potrafią stanąć nago przed tłumem mówiąc swoją wewnętrzną prawdę nawet wtedy, a zwłaszcza wtedy, gdy się bardzo boją, że gawiedź ruszy z widłami. Wolność jest jak powietrze, jest kwintesencją akceptacji praw życia i śmierci, jest wreszcie esencją miłości do siebie, do innych i do otaczającego świata.

Od zawsze jednak, było i jest mnóstwo tych, którzy jeszcze nie nauczyli się dobrze, pełną piersią oddychać, którzy nałożyli sobie sami kajdany i w nich tkwią. Oni nie chcą rozwinąć swoich skrzydeł i być wolnymi z lęku, żeby nie upaść, żeby nie rozczarować w jakiś sposób siebie i innych – nie robią więc kompletnie nic, chowając swoje bezcenne skrzydła gdzieś głęboko w zakurzonej szafie. Każdy z nas ma swój własny, ograniczony czas, całe swoje życie, żeby zrozumieć, że może dowolnie kształtować swoją rzeczywistość i świat na miarę swoich możliwości i realiów w jakich przyszło mu żyć. Mi zajęło 33 lata zanim odkurzyłam swoje skrzydła i wyskoczyłam ze znajomego okna gdzieś w mój Nowy Świat. Nie będę udawać, że latanie nie boli, że świadomość nie ma wad, że moja wolność obyła się bez ofiar. Ale każdy mój dzień jest wart prawdziwego przeżycia, tak jak każdy dzień każdego z Was. Czas nie ma żadnego znaczenia. Musimy zdać sobie sprawę, że bojąc się śmierci tak naprawdę boimy się życia, a bojąc się życia oddajemy swoją wolność i miłość – napędy naszych serc, stając się niewolnikami strachu, a więc zła. Jaki sens ma życie, choćby najdłuższe, choćby najbardziej bezpieczne, gdy jest zamknięte w domu jak w klatce? Czy gdy nie widzimy krat znaczy że nie tkwimy w więzieniu naszych umysłów? Jaki sens ma życie bez wolności i miłości? 

Moi przyjaciele zostali wyrzuceni z miasteczka przez policję na prośbę lokalnego, indiańskiego zgromadzenia kobiet.

MMKJeśli mówimy o wolności to muszę spytać o obecną sytuację, która jest jej zaprzeczeniem. Epidemia koronawirusa zastała Cię w Argentynie. Opowiedz nam o sytuacji w tym kraju oraz o tym jak pandemia wpłynęła na Twoją podróż? Jakie masz dalsze plany? 

MG: Jechałam sobie wtedy spokojnie przez Boliwię i nagle, ludzie zaczęli w wioskach i na rynkach dziwnie na mnie patrzeć. Jestem biała, a oni są brązowi. Powiedziano im, że to żółci i biali roznoszą wirusa. Prosty komunikat zapalił im się więc w głowach: brązowi czyli Oni są niewinni, a to wszystko wina tych Innych. Rząd przecież nigdy się nie myli. Zapomniano całkowicie, że prezydent Boliwii jest tuż przed wyborami i że na rękę mu jest znalezienie wspólnego wroga po to, by stać się wybawcą Boliwii na kolejne 5 lat. Opozycja została całkowicie spacyfikowana bez użycia siły i cały czas antenowy należał do Prezydenta dającego otuchę krajowi. Zgadnijmy, kto niemal na pewno wygra wybory w Boliwii?…

Musiałam szybko uciekać żeby także mnie nie spacyfikowano widłami dla dobra społecznego Boliwii. W tym samym czasie chciano spalić dom jednej osoby w Oruro, która okazała się chora i zaczęły się drobne prześladowania ze strony policji i mieszkańców przeciwko tym Innym, ale oczywiście dla dobra ogólnego społeczeństwa. Wciąż nic złego nie zrobiliśmy ale byliśmy już jak terroryści. Pomyśleć by można było, że to przecież biedni, pozbawieni edukacji Indianie i w cywilizowanym kraju nikt by tak nie zrobił, ale z tego co słyszałam, bardzo podobnie było w Polsce i rzucono się prawie z widłami na rodzinę osoby, która przyjechała zza granicy i zachorowała. Jak łatwo rządy i media potrafią sterować emocjami i paniką według swojej woli? Jak łatwo my się im poddajemy…?

W tym samym czasie, gdy musiałam uciekać z Boliwii, tuż przed granicą z Argentyną spotkałam Wenezuelczyków (czyli ludzi koloru brązowego, którzy teoretycznie powinni być bezpieczni bo nie są biali ani żółci, ale panika w społeczeństwie idzie coraz dalej i wymyka się z pod kontroli). Moi przyjaciele zostali wyrzuceni z miasteczka przez policję na prośbę lokalnego, indiańskiego zgromadzenia kobiet. Kobiety te uratowały więc wioskę przed zarazą. Policja również stała się bohaterem w walce z bezwzględną parą Wenezuelczyków na rowerze wkraczających do tych dobrych ludzi w wiosce ze swoim obrzydliwym wirusem. Spakowano ich rzeczy oraz niezgodnie z prawem, siłą, zabrano z domu lokalnego mieszkańca który udzielił im schronienia. Mieszkaniec ten został okrzyknięty zdrajcą wioski. Policja zaczęła mu grozić kontrolami jego działalności gospodarczej, a sąsiedzi za chwilę mogliby przyjść z widłami. Facet nie miał wyjścia i się ugiął. Policja zresztą nawet nie pytała o zgodę i po prostu zapakowała dwoje niewinnych ludzi oraz wywiozła siłą z miasta policyjnym samochodem na miejsce gdzie się spotkaliśmy…

Dotarliśmy w trójkę przez puste, jak podczas Armageddonu drogi oraz przez pustynię do miasta San Antonio de los Cobres. Tam nas zatrzymała policja gdy próbowaliśmy przebić się w wyższe góry i zrobić sobie autokwarantannę. Dlaczego jechaliśmy w tym czasie na rowerach? Tak naprawdę nie mieliśmy wyboru. Moi przyjaciele pochodzą z Wenezueli. To kraj dyktatorski ze zrujnowaną gospodarką. Podczas całej mojej podróży mijałam całe karawany ich współkrajanów uciekających przed nędzą i głodem. Leo i Amanda zarabiają na chleb graniem, śpiewem oraz sztuką ręczną. Nikogo jednak nie obchodzi, że podczas pandemii nie mają możliwości zarobić żadnych pieniędzy i mogą umrzeć z głodu. Nie mają też gdzie wracać. Kazano nam wziąć hotel ale nikt z decydentów nie chciał za niego zapłacić. Nikt nie chciał też dać nam miejsca w jakiejś sali czy świetlicy. Nie pozwolono nawet rozbić namiotów na zewnątrz miasta i tam przeczekać. Kazano nam po prostu odjechać. Musieliśmy szukać miejsca na kwarantannę sami. W San Antonio policja która nas zatrzymała chciała nas wysłać do Salty, stolicy regionu i pozbyć się problemu, jak w poprzednim mieście. Wskazali nam nawet, jak ominąć blokady wojskowe. Zbuntowaliśmy się. Chcieliśmy oczywiście jechać dalej na rowerach, ale ludność była tak spanikowana, że baliśmy się, że przestaną sprzedawać nam jedzenie i wodę bo z każdym dniem było coraz gorzej. Moglibyśmy zginąć gdzieś po drodze.

Policja się wkurzyła, bo teraz miała duży problem. Otrzymaliśmy zakaz wychodzenia z obozu rozbitego tuz przy posterunku, na wyjeździe z miasta. Nie mogliśmy nawet bez zgody wyjść żeby zrobić zakupy jedzenia i wody. W miasteczku ludzie zaczęli wywierać presję na policję i władze miasta żeby się nas czym prędzej pozbyć. Wciąż nas badano, tak naprawdę nawet nie pytając o zgodę. Nie dano nam schronienia i spaliśmy 3 dni i noce na pustyni na wysokości 3,500 m w naszych namiotach: w ciągu dnia bez żadnego cienia w temperaturze około 40 stopni, nocą w zimnie dochodzącym do zera. Bez dostępu do toalety, mimo że w naszej grupie były aż dwie kobiety, co tak naprawdę jest pogwałceniem praw człowieka. Wreszcie którejś nocy kazano nam oddać rowery, naszą własność, na stan policji. Wyjaśniono nam, że wszczęto jakieś postępowanie i że prokurator nakazał zabezpieczyć rowery w obawie przed tym, jakbyśmy chcieli na nich uciekać. Tak naprawdę nie było żadnego zagrożenia że uciekniemy, bo przecież sami się zgłosiliśmy na kwarantannę i nalegaliśmy na znalezienie miejsca dla nas na ten czas. Nie otrzymaliśmy żadnej możliwości wytłumaczenia naszej sytuacji prokuraturze i powodów dla których mimowolnie jechaliśmy przez pustynię. Nikt nie słuchał naszego głosu. Dlaczego uważam że skradziono a nie skonfiskowano mi rower? Wyroku nigdy nie zobaczyłam. Nigdy nie widziałam sądu. Nikt nie pozwolił mi odezwać się na swoją obronę. Nie wiem jak moją sprawę tak naprawdę przedstawiła policja prokuraturze. Nie wiem jaki prokurator bądź sąd ją prowadził i kiedy. Nie dostałam żadnego pisma, żadnego emaila, żadnego potwierdzenia wyroku aresztu na mój rower. Jedyny papier jaki mam to protokół zdawczo odbiorczy podpisany przeze mnie i przez policję, ale nie ma w nim nawet podstawy prawnej bądź informacji dotyczącej nazwiska osoby odpowiedzialnej za wyrok i całą tą sytuację. Musieliśmy pożegnać się z rowerami. Policja okłamywała nas w oczy przez cały ten czas twierdząc, że odwiozą nasze rowery do Salty (gdzie chciano nas odesłać transportem wojskowym) zaraz następnego dnia. Wiem że to kłamstwo, bo w tym czasie Ambasada Polska w Buenos Aires powiedziała mi, że prokurator nie pozwolił na oddanie rowerów, a tym samym policja złamałaby nakaz sądowy. Nie mogłam nic, dosłownie nic zrobić. Ambasada powiedziała mi także, że sprawa rowerów to jedno.

Gorzej, że prokuratura wszczęła postępowanie przeciwko nam za złamanie krajowej kwarantanny. To już w kraju, w którym przestają działać demokratyczne prawa i struktury jest bardzo niebezpieczne. Nikt nie chciał przez cały ten czas słuchać naszych wyjaśnień. Nasza wersja nikogo nie obchodziła. Nikt ze strony Argentyńskiej nam nawet nie powiedział, że wszczęto takie postępowania. Nie mogłam ryzykować, bo za złamanie kwarantanny grozi tam 15 lat więzienia i nie miałam gwarancji, że nie użyją mojej sytuacji do zrobienia pokazówki dla społeczeństwa. Postanowiłam prosić Ambasadę Polską o pomoc i jak najszybsze wyciągnięcie mnie z tego kraju dla bezpieczeństwa. Olbrzymią pracą pracowników Ambasady i niesamowitej wolontariuszki: Noelii oraz innych podróżników oraz ludzi z ogromnym sercem, udało się mnie wreszcie przetransportować do Salty a potem do Buenos Aires. Policja oraz wojsko były wszędzie i zablokowano drogi wjazdowe i wyjazdowe miast oraz miasteczek, a nawet samych dzielnic jak w Buenos Aires. Na przemieszczanie się trzeba było mieć specjalne dokumenty. Policja towarzyszyła mi wszędzie na sygnale jakbym była VIPem lub terrorystą. Gdzie nie było policji, jeszcze bardziej gorliwymi policjantami było samo lokalne społeczeństwo. Władze Argentyny kazały zgłaszać niezwłocznie wszystkich obcokrajowców. Przestano ich obsługiwać w niektórych miejscach i zamknięto restauracje oraz hotele. Podkreślano wszędzie Ja i my (rodzina, wioska, miasteczko, kraj) kontra Oni (turyści, inni, obcokrajowcy, Europejczycy). 

Wreszcie wylądowałam w Warszawie. Po przylocie nie otwarto nam drzwi i nikt nie mógł wyjść z samolotu. Wprowadzono wojsko i sprawdzano nam temperaturę. Moja była lekko wyższa, bo miałam pierwszy dzień okresu. Zawsze tak mam. Dwóch żołnierzy przyszło do mnie i kazało mi spakować swoje rzeczy i iść. Prowadzono mnie przez cały samolot, na oczach spanikowanych ludzi zasłaniających na szybko usta i nos (mimo że lecieliśmy niemal dobę wszyscy razem i gdybym była chora już dawno byliby zarażeni) do wyjścia. Wsadzono mnie z 2 innymi kobietami (pewnie też były w tym samym cyklu menstruacyjnym co ja :P) do podstawionego autobusu i zawieziono na kolejne badania do wojskowej stacji medycznej na lotnisku Chopina. To był obiekt wojskowy i zabroniono mi dalej nagrywać. Polski lekarz na lotnisku miał lepszy termometr i wypuścił nas wszystkie, bo żadna nie miała stanu podgorączkowego, ale coś napisał w raporcie którego żadna z nas nie zobaczyła mimo, że dotyczył naszych osób i naszego stanu zdrowia. Mogliśmy wreszcie wrócić do domu. Kazano nam odbyć przymusową, 2 tygodniową kwarantannę (czyli dla mnie było to już razem około miesiąca mojego życia spędzonego w areszcie: w Argentynie i w Polsce mimo braku mojej winy, braku procesu i wyroku). Podstawiono specjalny pociąg dla powracających w ramach akcji: „Lot do domu”. Konduktor, pierwsza polska osoba w Warszawie którą spotkałam, przywitała mnie powitalnym zdaniem: „po co wracacie i przywlekacie chorobę do kraju. Trzeba było tam zostać!”. Tak, już wiedziałam że jestem u siebie.

Przez pierwszy tydzień nigdzie w systemie nie było informacji o moim przylocie i musiałam się sama prosić policję i wszystkie instytucje o kontrolę, bo znając już z doświadczenia absurd całej tej sytuacji oraz moje szczęście, jeszcze wlepiliby mi karę za nie stosowanie się do kwarantanny. Nie miałam swojego numeru telefonu (bo nie było mnie 3 lata w Polsce, a argentyńską kartę zostawiłam Wenezuelczykom żeby mieli kontakt ze światem) i na lotnisku podałam dane kontaktowe siostry. Wprowadzający nie chcieli mieć problemu, poszli na łatwiznę i po prostu wpisali numer mojej siostry do systemu jako mój. Po tygodniu tłumaczenia i moich ingerencji w Urzędzie Wojewódzkim Śląskim, Mazowieckim, NFZ, Sanepidzie wojewódzkim i katowickim udało się wreszcie usunąć szaleństwo do którego doszło: na listę do kwarantanny wpisana w systemie zostałam ja oraz moja siostra która nie była przecież za granicą i przez chwilę także jej groziła kara za niedostosowanie się do kwarantanny.

W kraju mającym niesamowity poziom edukacji w stosunku do Argentyny i Boliwii zamknięto lasy, jako miejsce zagrożenia dla mieszkańców, mimo że przecież każdy lekarz powie, że tylko zdrowy organizm może pokonać chorobę. Odizolowano wszystkich zamiast tylko grupę zagrożoną, co byłoby rozsądne i tańsze niż zarzynanie całej gospodarki. Zakazano zgromadzeń, choć najwyżej postawieni okazali się ponad prawem. Policji i wojsku nadano uprawnienia, jakie tak naprawdę przysługują jedynie podczas stanu wyjątkowego czy wojennego, a ich przecież nie wprowadzono. Podwyżki zamiast medykom i pielęgniarkom dano policji. Spacyfikowano opozycję identycznie jak w Boliwii nie dając jej równego prawa do walki politycznej, tym samym wpisując nasz kraj na niechlubną listę reżimów. Nie chcę odnosić się jednak do polityki i polityków których przecież sami wybieramy, ale do uniwersalnych tematów wolności i zniewolenia, do tego, do czego doprowadzić może panika i podświadomy lęk przed śmiercią całe społeczeństwa i gospodarki. Kryzysy przemijają, epidemie przemijają, ale walka dobra i zła w każdej płaszczyźnie życia nigdy nie przemija i każdy z nas wnosi w nią swoją własną cegiełkę.

Wbrew pozorom jesteśmy bardzo kruchymi istotami i byle większy szum wiatru może przerwać nić naszego życia

MMKTak długa podróż to oprócz mnóstwa doświadczeń i nauczenia się samej siebie mnóstwo ciekawych historii i przygód. Podzielisz się kilkoma ulubionymi? 

MG: ohh, było ich mnóstwo!! Udało mi się m.in. prowadzić żaglowiec podczas sztormu, dotykałam jeszcze ciepłych jaj żółwi oraz wypuszczałam na wolność małe, słodkie żółwiki, spałam na kraterze aktywnego wulkanu, pływałam z rekinami w morzu Karaibskim, oglądałam bezkresne, rozgwieżdżone niebo pod równikiem, wciągałam mój rower z przepaści, brałam udział w postępowaniu indiańskim, spałam w świętym miejscu plemienia Navaho – Hogan, oglądałam stare hieroglify i malunki indiańskie w jaskiniach, uciekałam przed hordami dzikich psów, walczyłam z kojotami, podziwiałam olbrzymie niedźwiedzie, miałam zderzenie z łosiem, z Panamy do Kolumbii płynęłam na indiańskim statku no i wiele, wiele innych J

MMKJak w każdej rozmowie, na koniec chciałabym Cię zapytać o to co byś poradziła naszym czytelniczkom, które poszukują impulsu do spełniania własnych marzeń i podążaniem własną drogą?

MG: Poradziłabym, żeby zdać sobie sprawę z faktu, że tak naprawdę nie wiemy ile czasu nam pozostało na tym świecie i że być może mamy ostatnie dni do przeżycia. Wbrew pozorom jesteśmy bardzo kruchymi istotami i byle większy szum wiatru może przerwać nić naszego życia niezwykle łatwo i bez ostrzeżenia. Nie warto go marnować, bo przecież nie dostaniemy następnej szansy i przeminiemy jak wszystkie inne pokolenia. Warto zadać sobie pytanie jak chcemy wykorzystać czas który nam pozostał oraz z kim chcemy go dzielić. Każdemu polecałabym też myśleć o sobie jak o bohaterze swojej własnej historii, a o swoim życiu jak o kolorowej baśni. Warto zacząć cieszyć się tym, co się ma oraz traktować wszystkie swoje perypetie, lęki, przygody, sukcesy i porażki jak indywidualne zapisy w tej swojej własnej księdze. Naprawdę warto zacząć się tym bawić!!!

I jak Ci się podobała rozmowa? Przeszła Ci kiedyś przez głowę taka długa wyprawa rowerowa? A może to właśnie ta rozmowa będzie iskierką, dzięki której zrealizujesz to marzenie?

Jeśli spodobał Ci się wywiad nie zapomnij go udostępnić znajomym, może Twoi znajomi znajdą w nim inspirację do zmian. Zapraszam Cię też do polubienia malenowego FP na Facebooku  oraz profilu na Instagramie, gdzie kilka razy w tygodniu pojawiaja się nowe zdjęcia i instastory. Nie chcesz przegapić kolejnych wywiadów? Koniecznie zapisz się do Newslettera -> Zapisuję się teraz!

Jeśli uważasz, że swoimi podróżami możesz zainspirować inne kobiety i chciałabyś się znaleść w moim cyklu Kobiety Drogi napisz do mnie na maila okiemmaleny@gmail.com tytuł: Kobiety Drogi.

Exit mobile version