Nong Khiaw – z gorączką w raju

Nong Khiaw – z gorączką do raju

Nong Khiaw to prześliczna, malutka miejscowość na północy Laosu. Można się do niej dostać autobusem z Luang Prabang lub z przesiadką w Pak Mong z Luang Namtha. Z Luang Namtha jest ok. 230 km – droga zajmuje ponad 7 godzin. O 8.00 jedziemy songthaew na stację w Luang Namtha, tam oczekiwanie, aż bus się zapełni. Czyli będą zajęte wszelkie wolne miejsca z przejściem w autobusie włącznie. Około 9.00 udało nam się wyruszyć. Gdy czytałam o koszmarnych drogach w Laosie podejrzewałam, że opisy opowiadające o wybojach, na których dosłownie podskakuje się na siedzeniach do sufitu są lekko przesadzone. Otóż nie są. Po około 3 godzinach telepania trafiliśmy na roboty drogowe i zamkniętą drogę. Postój miał trwać 2 godziny. Miałam już serdecznie dosyć tej podróży. Obudziłam się tego dnia z katarem, bolącą głową i chyba lekką gorączką. Brak ciepłej wody, zasypianie z mokrymi włosami, które o poranku nadal były wilgotne dało się we znaki. Słońce paliło jak szalone, siedziałam na krawężniku i  kombinowałam co mi jest. Zatoki? Denga? Przeziębienie? Na wszelki wypadek zażyłam apap i wrzuciłam elektrolity do wody.

Po 30 minutach ruszyliśmy dalej. Do Pak Mong przyjeżdżamy około 14:30. Przesiadka do mini Vanu i jedziemy ostatnie 30 km dzielące nas od raju. Zajmuje nam to kolejną godzinę.

Mini Van podwozi nas tuż pod główny punkt Nong Khiaw czyli most przez rzekę Nam Ou. Widok zapiera dech w piersiach. Jest po prostu niewypowiedzianie pięknie. Wysokie góry, malutka miejscowość, spokojnie płynąca rzeka. Na chwilę zapominam o gorączce, ale ona daje się we znaki w czasie poszukiwania noclegu.

Gdzie zanocować?

Cel jest jeden – z widokiem na rzekę no i tanio. Początkowo ceny pokoi są astronomiczne, wreszcie znajdujemy mały domek tuż przy rzece w Bamboo Paradise Guest House. Cena 100.000 kip (1$ = 8.000 kip). To jest to. Ciepła kąpiel stawia na nogi. Rozglądam się po pokoju. Bardzo, bardzo prosty. Oprócz nas zamieszkiwała go też jaszczurka, mrówki i ślimak, próbował zadomowić się też karaluch, ale przepłacił to życiem. Duct tape okazała się zdecydowanie przydatna. Po pierwsze można było do niej przykleić trupa karalucha, by go nie dotykać. Po drugie służyła do mocowania rozgałęziacza, trzeba było wyważyć odpowiedni kąt, aby z gniazdka płynął prąd i potem chodzić na placach, aby broń boże nie poruszyć konstrukcji. Po trzecie załatałam nią moskitierę, której oczka chronić mogły co najwyżej przed myszami. Zakleiłam też kilka dziur w podłodze i suficie, co by większe zwierzęta się do nas tak łatwo nie dostawały. Wtedy jeszcze nie zauważyłam, że w łazience jest ażurowa przestrzeń między dachem, a końcem ściany. Widok z tarasu rekompensował wszelkie niewygody. Choć podejrzewam, że w sumie czas spędzony na tarasie wyniósł może około godziny 😉

W międzyczasie zmieniłam zdanie o mojej chorobie i doszłam do wniosku, że to na 100 % zatoki. Znalazłam ibuprom zatoki. Ibuprofenu w tropikach z zasady się nie zażywa, podobnie jak aspiryny, ponieważ gorączka może nie być zwykłym przeziębieniem, a pierwszymi oznakami dengi, która jest ni mniej ni więcej gorączką krwotoczną. Leczy się ją paracetamolem i odpowiednim nawadnianiem. No ale przecież to zatoki.

Ziołowa Sauna

Nong Khiaw oprócz przepięknych widoków słynie z ziołowych saun. Był to jeden z punktów zapisanych w planie wycieczki. Idealnie też wpasowywał się w koncepcję wypędzania gorączki. Saunę w Sabai Sabai rezerwuje się z wyprzedzeniem. Wchodzi do niej około 6 osób. W cenie są sarongi i ręczniki. Siedząc w saunie miałam mieszane uczucia. Z jednej strony rzeczywiście miła, ciepła para o ziołowym aromacie, z drugiej strony samo pomieszczenie wyglądało tak jakby z każdego rogu machały do mnie rożne grzyby i inne paskudztwa. W przerwach między sesjami w saunie popijałam pyszną herbatę z trawy cytrynowej. Ponieważ sauna to był mały budyneczek, do którego przylegał zadaszony tarasik przerwy były na świeżym powietrzu. Był rześki, chłodny wieczór. I tak staliśmy sobie z gorącym kubkiem herbaty w dłoni: chłód wieczoru, moja gorączka, moje mokre włosy i rozgrzane po saunie ciało. Po saunie czas na masaż. Tym razem konfiguracja była inna: mokre włosy, chłodny wieczór, przeciąg i wentylator powiewający na mnie dyskretnie, ale denerwująco. Leczenie level hard.

Resztę wieczoru spędziłyśmy w Qbar. Bardzo miła restauracyjka.O jej specialite de la maison – Lao barbecue następnym razem.  Tym razem jak zwykle jadłam Larba. Galangal i czosnek obecne w tej potrawie idealnie wpisywały się w dzień spod znaku – leczymy się ekspresowo czym popadnie wliczając w to liczne prośby niesione do wszelkich istniejących bóstw.  Dodatkowo grzecznie zamieniłam Lao Beer na Lao Tea. Przed snem zażyłam po raz kolejny ibuprom.

Obudziłam się w środku nocy zlana potem. O dach bębnił deszcz. To chyba nieadekwatne określenie. Była ulewa, tak wielka, że zastanawiałam się kiedy dach nie wytrzyma i deszcze wtargnie z całym impetem i zaleje nas, a cały domek spłynie do rzeki Nam Ou. Na przemian robiło mi się zimno i gorąco. W malignie stwierdziłam, że to jednak denga i ani chybił umrę w tych strugach deszczu zabita głupotą co poradziła mi zażyć Ibuprom. Panadol odpadał, bo powstałby już zbyt duży miks. Wypiłam wodę z elektrolitami i usnęłam prosząc wszelkie istniejące moce, aby to jednak były zatoki, abyśmy nie odpłynęły razem z domem, aby jutro zaświeciło słońce, a ja żebym miała siły wstać z łóżka.

Informacje praktyczne:

trasa z Luang Namtha:

  • bilet do Pakmong możemy kupić albo bezpośrednio na stacji, albo w agencji w mieście. Cena w mieście jest wyższa, ale obejmuje podwiezienie songthaew. W Laosie na stacji bilety kupuje się w dzień odjazdu autobusu, więc aby pominąć prowizję agencji wystarczy być około 1,5 godziny wcześniej na stacji – jest ona oddalona 10 km od Luang Namtha. Bilet w agencji na mini Van kosztował 120.000 kip, lokalny autobus kosztował 100.000 kip. Oba odjeżdżają o 9.00 rano. Droga zajmuje 6 godzin, autobus jedzie godzinę dłużej. Po dalszych doświadczeniach uważam, że cena w agencji była z dużą przebitką. Frycowe 😉
  • Mini Van / songthaew z Pak Mong do Nong Khiaw kosztuje 30.000 kip. Droga zajmuje około godzinę.

trasa z Luang Prabang

  • bilet kosztuje około 40.000 kip, a droga zajmuje około 4 godziny.

Nocleg:

  • Bamboo Paradise Guest House Wifi jest dostępne tylko w pobliżu recepcji. Na miejscu jest dostępna pralnia, ale nie polecam jej usług. Ciuchy pomieszane, szczęśliwie z bonusowymi rzeczami, a nie z brakami 😉 Tryb prania mocno niszczący rzeczy. Plusem domku jest widok i taras z hamakiem. Zdecydowanie nie chciałabym tam spać bez własnego śpiwora.

Sauna & masaż

  • godzina w saunie 25.000 kip
  • masaż laotański (podobny do tajskiego) 60.000 kip za godzinę

A o tym co warto robić w Nong Khiaw, oprócz odwiedzenia ziołowej sauny i podziwiania zachodu Słońca z mostu w następnym odcinku 🙂

Jeśli zainteresował Cię temat Laosu zapraszam do innych tekstów o tym kraju.

Spodobał Ci się post? Zostaw po sobie ślad dając lajka lub komentując. Nie przegap następnego wpisu śledząc Okiem Maleny na Facebooku. Do zobaczenia.

10 komentarzy

  1. Zazdroszczę wyprawy! Chociaż jeśli chodzi o chorobę – to jako, że jestem panikarą już przy pierwszych objawach zeszłabym na przysłowiowy zawał.

  2. Piękne krajobrazy, mam nadzieję, że kiedyś zobaczę je na własne oczy 🙂 Opis sauny lekko odstraszający ale na pewno chciałabym spróbować na własnej skórze 🙂

  3. Minęliśmy się o jakiś tydzień 😉 Tym razem to ty wygrałaś z pogodą. Gdy ja tam przyjechałem było mniej więcej 15 stopni i deszcz. I tak przez 3 dni. Za to wrażenia s Sabai Sabai i ich ziołowej sauny przez pogodę miałem o wiele lepsze 😀 Byłaś na punkcie widokowym? Jeśli nie to żałuj, piękne widoki. U mnie na blogu w poniedziałek 😉

    1. Byłam, byłam jest super. Pewno dziś uda mi się dodać zdjęcia, bo tekst już napisany :)) a byleś w jaskiniach i nad wodospadami? Jak nie, to w sumie nie masz powodu do wielkiego żalu ;-)))

Dodaj komentarz