Home Variamyśli i historie Kwarantanna, koronawirus i ja czyli czego się nie nauczyłam podczas pandemii

Kwarantanna, koronawirus i ja czyli czego się nie nauczyłam podczas pandemii

by Magdalena Krychowska
4 komentarze

Pandemiczna rzeczywistość i ja

Powoli wracamy do normalności. Chyba. Świat na chwilę przystanął, ale też oszalał na punkcie samorozwoju, zajęć online, życia rodem z hasztagu #zostańwodomu. Podobno mieliśmy zwolnić, a wydaje się, że zewsząd napadło na nas milion sposobów co można zrobić podczas kwarantanny? Jak nie oszaleć, jak zapełnić czas podczas kwarantanny? I tak pojawiły się jak grzyby po deszczu poradnie psychologiczne online, setki kursów samorozwoju, dziesiątki porad co zrobić z tym nadmiarem czasu wolnego. Spróbuj jogi, naucz się języka obcego, zacznij wreszcie realizować swoje pasje, zostań mistrzem gotowania, przeczytaj 5 książek w tydzień. RATUNKU. STOP. WDECH, WYDECH.

Jest k#$%a mać pandemia, nie wiemy co będzie dalej, w dupie mam samorozwój i zwój również, chcę ułożyć swój mały świat. Powolutku, po nowemu poskładać to wszystko. Cisza! Wszyscy dwa kroki do tyłu i ani słowa. Och, przez chwilę poczułam się jak Tokio mierząca do Ciebie z dwóch pistoletów jednocześnie. Tak moi Kochani nadrobiłam zaległości serialowe z kretesem 🙂 Dom z papieru podbił moje serce, a Tokio była ulubioną bohaterką. Nieobliczalna, zmysłowa wariatka.

Dziś zabieram Cię w podróż do mojego świata z ostatnich trzech miesięcy. Tak po ludzku. Do radości, rozczarowań, wkurzeń i zadziwień. Jeśli też gdzieś tam za rogiem Twój krytyk wewnętrzny ciosa Ci kołki na głowie, że po tych trzech miesiącach nie jesteś supermenem to zbijam piątkę.

1. Strach

Strach to chyba było pierwsze uczucie jakie zaczęło mi się kojarzyć z wirusem. Szum medialny, dziesiątki zmarłych, setki zarażonych, gdzieś tam daleko w Azji. Moja Mama wiecznie odbierała telefony od znajomych z pytaniem: gdzie jest Magda? Wszyscy oddychali z ulgą, że siedzę w domu. Tymczasem wirus był coraz bliżej … i bliżej Włochy, Hiszpania, Niemcy.

Bum! Jest i u nas. Pierwszy pacjent. Ten pierwszy pacjent był w penym sensie uczuciem ulgi, takie pandemiczne katharsis. Oto mamy i My. Możemy teraz spokojne przywdziać maseczki, zacząć pryskać się płynem antybakteryjnym i rozpocząć walkę z niewidzialnym wrogiem. Najpierw jednak trzeba wykupić cały zapas papieru toaletowego. Czy ktoś tu obecny wie o co w tych chodziło. Cały świat oszalał na punkcie papieru.

Przez pierwsze dni miałam ochotę powieść lud na barykady, chciałam rozpocząć walkę, chciałam napisać książkę, chciałam. Czułam, że to jest ten moment w moim życiu, kiedy wyjdzie ze mnie jakiś stwór o sile nadprzyrodzonej. Skończyło się na jednym poscie, który powstał z inspiracji mojej przyjaciółki lekarki i przy pomocy wielu blogerów mówiących w wielu językach obcych. Im dłużej trwał wirus tym bardziej izolowałam się od świata. Jeśli jakiś stwór wyszedł to było to niewątpliwie skrzyżowanie pancernika z leniwcem.

2. Izolacja.

Krokiem drugim była u mnie izolacja. Zdałam sobie sprawę, że świata nie zbawię. Pandemiczny dziennik z czasów zarazy też wiał nudą. Ciągle to samo – liczba zarażonych, liczba ofiar i kolejne zakazy plus trochę notatek co u mnie. Ile można rozprawiać o gospodarce co się wali. Zaczęłam się okopywać na stanowisku. Tworzyć mały świat. Odcięłam się od medialnego cyrku, przestałam z wypiekami na twarzy śledzić liczbę chorych i umarłych. Co ma być to będzie. Jestem w domu, wychodzę raz na tydzień po zakupy, jestem bezpieczna. Daleko od wszystkiego złego. Tworzę swoją przestrzeń.

Czułam się czasem jak dziwny stwór, który siedzi w czterech ścianach, przylepiony do komputera. Trochę jak w teledysku evolution Pearl Jam. Wszystko online. Praca, święta z rodziną, joga i zakupy. W międzyczasie za oknami panoszyła się wiosna. Kwitły magnolie i jabłonie, mijała Wielkanoc i Majówka. Kolejne osoby miały swoje urodziny i kolejne toasty były wznoszone na whatsupie.

Izolacja wpłynęła nie tylko na nas ludzi. Np. mój pies wytworzył w sobie nowy nawyk – gdy widzi torby ze śmieciami, szaleje ze szczęścia. W czasach izolacji brałam ją na wyprawę do śmietnika. Była przeszczęśliwa. Szalała po pustym parkingu za piłeczką i dzielnie mi towarzyszyła w moich kursach. Ja specjalnie brałam po jednej siatce. Kurs plastik, kurs makulatura, kurs zmieszane i bio, a pies latał w jedną i drugą.

3. Huśtawka

I wcale nie jest tak, że każdego dnia miałam wewnętrzny konstans i stan zen. Ni cholery. Były dni gdy ogarniał mnie niepokój. Znasz taki stan? Niby nic się nie dzieje, a Ciebie trzęsie od wewnątrz, taka trzepaczka, wszystko lata, stan podenerwowania nie daje Ci zasnąć. Boisz się czegoś nienazwanego. A potem jest uspokojenie. Cisza. Pojawia się też złość na brak wolności. Mogłam wszystko. Od pomysłu do realizacji wyjazdu na drugi koniec świata czasem dzieliło mnie kilka godzin, a teraz siedzę zamknięta i nie mogę pojechać na cholerną plażę. Chcę na rower, chcę pobiegać. Wypuśćcie mnie stąd!

W tym stanie rozmawiam wiele ze znajomymi bliskimi i dalszymi. Dzielimy się wiadomościami jak ten stan izolacji wygląda w różnych zakątkach świata. Hiszpania, Salwador, Filipiny, Indonezja, Poznań, Kraków. Szepczemy nocami, nagrywamy wiadomości. Głos dobiegający z telefonu koi. Dodaje sił, a przede wszystkim czuję się rozumiana. Mamy podobne lęki, irytują nas podobne fakty. Czasem umilamy sobie życie zabawnymi wyzwaniami – jak to ze zdjęcia poniżej czyli odwzoruj swoje zdjęcie z podróży w domowych warunkach.

4. Weryfikacja

Zawsze myślałam, że pracując zdalnie zrobię o niebo więcej rzeczy w ciągu dnia. Poprostu teraz dopiero pokażę co ja umię. Co we mnie zabija sily? To codzienne dojeżdzanie. I wiesz co? Jajco. Pracując zdalnie wcale nie stałam się tytanem pracy i supermenem we własnym domu. Wcale nie wstaję wcześniej, nie wykorzystauję dnia bardziej. Wykorzystują go po prostu inaczej.

Zauważyłam, że praca zdalna bardzo mi służy, i że w sumie jestem nawet bardziej produktywna niż w biurze, bo nie ma rozpraszaczy, small talków w kuchni itp. Wstaję, myję się, robię śniadanie i siadam so pracy. Czytam maile wcinając śniadanie, układam plan na dzień pijąc kawę i działam, i tak do 17.00 z krótką przerwą na obiad.

Cholera jasna. Czasem byłam bardziej zmęczona niż w biurze. Polubiłyśmy się z pracą zdalną i zapewne nawet po pandemii nie będę już codziennie jeździła do biura, ale obaliłam mit w swojej głowie, że to przez dojazdy robię mniej niż bym mogła. No nie dziubki moje. Po 8 godzinach pracy każdy człek jest zmęczony i nie będzie robił więcej, chyba, że musi, bardzo musi. Po całym dniu pracy po prostu chcę odpocząć, a nie kreatywnie działać na swoim poletku.

5. Presja

#Zostańwdomuigotuj #zostańwdomuićwicz #zostanwdomuitrenuj #zostanwformie #zostanwdomuinieoszalej Chwilę po lockdownie okazało się, że pojawił się ogólnokrajowyświatowy problem co tu robić podczas kwarantanny. Zastanawia mnie troszkę czy problem był rzeczywisty, czy wykreowany na potrzeby utrzymania popularności wszelkiej maści influencerów, trenerów i innych trendseterów. Zewsząd trąbiono co teraz należy robić w domu. Nie możesz iść do teatru?Nie ma problemu masz teatr online. Statystyczny Polak do teatru chodzi raz na siedem lat, ale właśnie teraz każdy z nich miał godzinę zero. I tak online przypłynęły do Ciebie koncerty, literatura, zajęcia sportowe, rozmaite kursy. Oksford, Cambidge, Udemy – wybór należy do Ciebie. A ty siedzisz na kanapie i zastanawiasz się co z Tobą nie tak, że właśnie nie trzymasz stu srok za ogon. W imię multitasking tak osławionego jak i krytykowanego Twój czas na kwarantannie powinien wyglądać następująco:

Odpalasz zajęcia sportowe online i machasz nóżką, z drugiego laptopa sączą się słowa kursu online najlepiej z Oksfordu, Ty główkujesz nad nowym kreatywnym biznesem, a w piekarniku dojrzewa Twój kolejny chleb.

A tu dupa. Skończyłaś pracę / skończyłaś ogarnianie dzieciaków i nie masz sił, czujesz się z jednej strony zrąbana jak koń po westernie, a z drugiej jak ostatni nygus, chcesz chwili wytchnienia odpalasz insta, a tam wszyscy robią coś PRO. Myślisz: niech idą w [email protected]#du. Wyłączasz i odpalasz serial. Zasypiasz. I tak dzień zlewa się z dniem. Mój dzień składał się ze śniadania – pracy – obiadu -pracy – ćwiczeń – kolacji – seriali. Powoli traciłam rachubę czy jest 5, czy 15, czy wtorek, czy niedziela. Co się oglądałam to był czwartek.

6. Serio?

Czasem jednak wyglądałam z kokonu bezpieczeństwa i wtedy przecierałam oczy ze zdziwienia. Tu pandemia, a tam wybory, tu giną karty do głosowania, tam ustala się dofinansowanie na poziomie przychodu, a nie dochodu. Czułam, że ktoś robi mnie w wała. Ale tak naprawdę bez cackania się i owijania w bawełnę.

Patrzyłam na moich znajomych, którzy z dnia na dzień zostają bez pracy, rezygnują z mieszkań i czułam odrętwienie.

Jesteś w czarnej dupie jeśli masz osobowość empatyczną. Chcesz im wszystkim pomóc, a gówno możesz. Obserwujesz, rozmawiasz. I coraz bardziej uszom i oczom nie wierzysz. Czasem zastanawiasz się czy to wszystko nie jest jedną wielką mistyfikacją. A co jeśli wirusa nie ma? Nieraz ocierasz się o szaleństwo. Wdech, wydech. Wróć. Wrodzona dociekliwość karze Ci czerpać info z różnych źródeł, a one są tak diametralnie różne – od katastrofy po wielką mistyfikację. Czasem trudno złapać dystans. Kazik śpiewa o bólu i w tej samej chwili przypominasz sobie jego piosenkę gaz, gaz na ulicach. Wiesz jedno – dzieje się źle. Globalnie i lokalnie. Poczytaj info ile krajów użyło wirusa do wprowadzenia niedemokratycznych praw. Nie jest dobrze.

7. Idiotka

Fejk nius goni fejk niusa. Z jednej strony każdy chce uratować ludzkość, z drugiej coraz trudniej odcedzić ziarno od plew. Influenserzy postanawiają wystąpić na barykady i prawią dyrdymały, że wirusa zabija woda o temperaturze ok. 30 stopni. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Tych potwierdzonych info z pierwszej ręki pojawia się więcej. Kumpela pisze do Ciebie: koleżanka mojej Mamy pracuje w ministerstwie – jutro zamkną miasta. Nie zamknęli ich do tej pory. Wiadomości mnożą się jak szczury.

I nagle rach ciach. Leżysz na łopatkach i piszesz do wszystkich znajomych o chmurze znad Czarnobyla co nadciąga do nas złowieszczo. I powiem Wam Kochani moi Złociutcy nie myślcie nigdy, że jesteście ponad tłuszczę co fejki roznosi. O nie Skarbeńki. Ni ch#$ja 🙂 Fejk nius to zdradliwa bestia i zaatakuje nawet najbardziej sceptycznych (czyli mnie). Otóż pomyśl: leżysz wygodnie na kanapie, oglądasz Czarnobyl w ramach nadrabiania zaległości serialowych i nagle kumpela z pracy, która jest Ukrainką (sic!), śle Ci info, że oto jej wujek dostał info, że w wyniku pożarów lasu w Czarnobylu chmura leci. No leci, znowu i nikt nie chce o niej nic powiedzieć, ale oni ostrzegają. Nie nabierzesz się? Oj kurde nie sądzę. Sądze, że podobnie jak ja poświęcisz 15 minut na zbawianie znajomych i próbę dotarcia do wszystkich lubianych osób, aby je ostrzec. W końcu kurde Ukraina rządzi się swoimi prawami, mogą nic nie mówić oficjalnie.

A jak dalej uważasz, że jesteś odporny to zapamiętaj co Ci powiem: poczekaj na swojego fejk niusa, wreszcie Cię dopadnie. To złote słowa, które kiedyś usłyszałam na podymplomówce z reklamy: ten kto uważa, że jest odporny na reklamę to nic nie zrozumiał z zajęć. Koniec kropka. Chmura nie nadleciała, a ja dostałam dziesiątki wiader pomyj na głowę. Czy czuję się zawstydzona i winna? Niet. Bardziej rozśmieszyły mnie pełne oburzenia a często i agresji odpowiedzi. Każdy ma prawo się pomylić, każdy ma prawo się dać nabrac. Cholera, ludzie więcej luzu. Poza tym jesli ktoś przesłał Ci tego fejk niusa pomyśl inaczej: on pomyślał, żeby mnie ostrzec. Każdy kij ma dwa końce. Już dawno powiedziano, kto jest bez winy niech rzuci kamieniem,. W naszych czasach za szybko rzucamy kamieniami.

8. Introwertyk na kwarantannie

Bycie introwertykiem w czasach koronawirasa ma swoje plusy. Jest nam łatwiej, ale czy łatwo? Otóż zadziwię Cię, ale nie. Nawet nam introwertykom brakuje swobody, Może nie tyle chodzi tu o możliwość przebywania z ludźmi, co o poczucie utraty wolności, które bardzo boli. Wierz mi, że wszyscy moi introwertyczni znajomi mieli problem z odosobnieniem.

Koleżanka z pracy, którą podejrzewam o bardziej zaawansowany introwertyzm niż mój jeździła do pracy, bo nie była w stanie znieść odosobnienia. Kolega z Madrytu dostawał świra w czterech ścianach – lockdown w Hiszpani to inna bajka niż w Polsce, o wiele dłuższa i bardziej zaawansowana. I te przykłady mogę mnożyć w nieskończoność.

Owszem podpisuję sie pod memami w stylu: Gdy dowiadujesz się, że Twoje codzienne życie nazywa się kwarantanna. Bo jak najbardziej są celne. Ale z drugiej strony jest mała, subtelna różnica. Wybór i wolność. Jestem jednostką wielce wrażliwą i drażliwą na punkcie wolności samostanowienia. Przez to czasem trudno ze mną wytrzymać, bo jasno i dobitnie określam swoje granice. W życiu, domu i pracy. No i teraz gdy takie indywiduum jak ja zostaje zamknięte w domu i nie może z niego wyjść to się zwyczajnie dusi. I nie chodzi tu o kontakt z ludźmi, możliwość pójścia do kina, restaruracji czy siłowni. Ja potrafię sobie zorganizować doskonale czas w 4 ścianach, ale brak wolności w podejmowaniu decyzji potrafi doprowdzić do szewskiej pasji. I to był i jest chyba najdotkliwszy skutek zamknięcia w domu.

9. Co straciłam przez Koronawirusa?

Muszę się przyznać, że jak do tej pory, odpukując we wszelkie niemalowane powierzchnie, koronawirus nie poturbował mnie za mocno, co nie znaczy, że w ogóle. Po pierwsze po latach dużej pracy włożonej w bloga moje statystyki szły pięknie do góry, z miesiąca na miesiąc było tu Was więcej moi Kochani Czytelnicy, co mnie niesamowicie cieszyło. Jako, że w dzisiejszych czasach liczby łączą się z pracą, a dokładniej współpracą, Wasza obecność dawała mi po pierwsze wielką radość, że chcecie poczytać moje teksty, ale również pola do nowych działalności i pole blogowych współprac rozwijało się ostatnio naprawdę dobrze. Wasze rezerwacje na bookingu kilka razy w roku zapewniały mi fajny bonus finansowy, który ułatwiał realizację kolejnych pomysłów na eksplorowanie świata, współprace z zewnętrznymi firmami były fajnym dopełnieniem.

Od marca wszystko zamarło. Przestałam śledzić ile osób przychodzi poczytać nowe teksty, bo nie wiedziałam czy się tym dołować, czy traktować humorystycznie. W sumie się nie dziwię, ja również straciłam ochotę na intensywne śledzenie perypetii moich onlinowych znajomych. Po prostu wszyscy skupiliśmy na tym co jest tu i teraz i dokąd nas to prowadzi. Wszystkie prognozowane dochody z bookingu odpadły, bo rezerwacje zostały odwołane, a nowe wstrzymane. Wszystkie potencjalne współprace odpadły, albo przesunęły się na bliżej nieokreśloną czasoprzestrzeń. Miałam w tym roku wystąpić na festiwalu Trampki i prowadzić warsztaty co bardzo mnie cieszyło i uważałam to za dużą nobilitację, jednak Trampki zostały odwołane.

Od kilku lat zazdrośnie patrzyłam na koleżanki i kolegów, którzy postawili wszystko na jedną kartę, rzucili w cholerę dotychczasowe życie i zaczęli życ z podróży. Pierwszy raz ucieszyłam się, że nie zdecydowałam się na ten krok. Koronawirus pozwolił mi też inaczej spojrzeć na moją pracę. Pokazał mi jak bardzo ją lubię.

Oczywiście koronawirus pokrzyżowął również moje plany podróżnicze. Po pierwsze co rok w kwietniu spotykamy się w Cieszynie – cała nasza podróżnicza banda. Te spotkania są dla mnie źródłem ogromnej wiedzy, ale również czasem, w którym mogę zobaczyć na żywo naszą blogerską brać. W tym roku Cieszyn został odwołany. A tak na marginesie to jedźcie tam. To mega fajne miasto. Takie z gatunku klimatycznych.

Po drugie mój urodzinowy wyjazd do Grecji rozpadł się w drobny mak. Zostałam z voucherami na hotele i promy oraz niezrealizowanymi marzeniami. Ateny i Santorini. Wymarzone 38 urodziny. (tak, jestem tak stara i z każdym rokiem co raz bardziej lubię mój wiek, jestem jak dobre wino). Miałam mknąć na skuterze przez Santorini i szukać nieturystycznych zakamarków. Ta wyspa jest moim marzeniem od wielu, wielu lat.

Miałam też marzenie bardziej spektakularne, ale o tym szaaaaa, spełnię je za rok. Mam nadzieję.

10. Co zyskałam dzięki koronawirusowi?

Pytanie dość przewrotne. Jak tu zyskać na globalnej pandemii, zgrzytaniu zębami i łzach. A jednak. Życie jednostki może podlegać kompetnie innym prawom.

Po pierwsze zyskałam spokój. Nauczyłam się trochę tego do czego dążyłam od wielu lat – być tu i teraz. Poza momentami huśtawki, kiedy ogarniał mnie ten niewiadomy lęk i przerażenie zaczęłam się skupiać na małych radościach i tym co mnie otacza. Pierwszy raz od kilku lat nie planuję żadnych podróży. Po co zaprzątać głowe planowaniem, skoro nie wiadomo kiedy powróci to wszystko do normalności? A wypadów po Polsce nie muszę logistycznie planować – ot przyjdzie ochota to pojadę przed siebie. Tyle w temacie.

Zyskałam też kilka kilogramów. Nie jestem pewna czy wpisać to w plusy czy minusy koronawirusa? Zważywszy, że zyskałam nawyk codziennych ćwiczeń, to jest małe podejrzenie, że ciut z tych kilogramów to nowe mięśnie, jednak test spodni trekingowych mówi jasno: dupa Ci kochanie urosła. Spoko. Od wtorku nowa dieta. Będę jak Adele za miesiąc mnie nie poznacie. Chyba, że nadal będę podjadała ser nocami.

W moim domu zamieszkały też 4 nowe roślinki. Wreszcie mam wielką monsterę oraz dużą palmę areka. Dołączyła też mini monsterka i roślina kawy. Pestkę od awokado hoduję od kilku miesięcy bez skutku.

Jeśli jako zysk można uznać nadrobienie niezliczonej ilości seriali – to tak, jestem bogatsza o pierdylion filmów i seriali, którymi raczyłam się w koronawirusowe wieczory. Wiele z nich to naprawdę mega wartościowe pozycje. Starałam się poszukiwać czegoś opartego na faktach, żeby choć trochę usprawiedliwić godziny spędzone przed Netflixem. No ale nie obyło się też bez klasyków 😉 Dom z papieru, przed którym opierałam się długo, wciagnął mnie po 2 odcinku i nie odkleiłam się do końca 4 sezonu … a teraz czekam na piąty sezon.

Do plusów mogę też zapisać rozczesanie 90% kołtunów mojego psa. Wreszcie czesząc ją nie dostaję depresji, że zamiast sierści ma jeden, wielki kołtun.

11. Mój plan podboju świata w czasie koronawirusa

Żeby nie było czas przyznać się do czegoś, do czego chyba nie wielu się przyznaje, bo to strasznie de mode. Otóż co planowałam i niezrealizowałam. Tak, właśnie, dobrze czytasz. Zapraszam do poznania moich planów, które nadal są w sferze planów.

Po pierwsze wydrukowałam 2 książki i zakupiłam 1 całkiem nową do szlifowania angielskiego. Jestem nadal na zerowej lekcji. (Dobrze czytasz: ZEROWEJ). Fakt, że zaczęłam dość często otaczać się serialami, audycjami po angielsku i w sumie codziennie coś tam czytam, ale miałam plan systematycznie usystematyzować ten chaos w głowie. Poległam.

Jeśli mówimy o książkach, to też nie wykazałam się zbytnim czytelniczym zacięciem w dobie wirusa. Po całym dniu pracy po prostu nie chciało mi się znowu gapić w książkę, chciałam zwyczajnie odpocząć. Ewidentnie u mnie czytania współgra z komunikacją miejską, w domu zawsze coś mnie oderwie. I muszę z tym powalczyć, bo zaczyna mnie to denerwować.

Zakupiłam zestaw do podcastów. Mikrofon i spółka leży i straszy. W głowie kreują sie pomysły na odcinki, ale to jeszcze nie dojrzało.

Miałam napisać książkę na miarę w poszukiwaniu straconego czasu Prousta – a miały to być dzienniki z czasów kwarantanny. Okazały się tak nudne, że nawet nie miałam siły kontynuować ich pisania, a co dopiero skazać kogoś na ich czytania.

Miałam spektakularnie schudnąć … no i już znamy efekty.

Miałam nauczyć się czegoś nowego. Hmmm..Nawet na znane rzeczy czasu nie starczyło 😉 Mogę najwyżej pochwalić się odkryciem papryczek Padron i rewelacyjnego przepisu na szybkie tapas.

12. Czy pandemia była nam potrzebna?

Ileż to nagłówków się pojawiło o tym, ze w Kathmandu widać Mt Everest, do Włoch wróciły Delfiny itp itd. Smog się cofa, zwierzęta się cieszą, konsupcjonizm upada. Sielanka. Gdybym była optymistką to pewno bym klaskała w dłonie i cieszyła się ze zmartwychwstania ludzkości, ale ja jestem realistką i do tego dość sceptycznie nastawioną do kondycji ludzkości. Także niestety peanów nie będzie.

Ja bardzo chcę wierzyć i mam wielką nadzieję, że jednak pandemia nie była na marne, że wyciągniemy coś więcej z tego czasu niż bankructwa, rozwody i chwilowy brak smogu. Chciałabym wierzyć, że wszystkie faszionity zobaczą jak pusty model życia promują, że ludzie zrozumieją, że ich nowy, niepotrzebny ciuch z sieciówki to czyjeś cierpienie, że planowane postarzanie produktów to wielkie k#$$%two (wiesz o żarówce, która świeci 100 lat?), że trzeba wybierać destynacje turystyczne z sensem, że nasze decyzje wpływają na to jak wygląda świat, że topnieją lodowce i wymierają zwierzęta.

Ale nie wierzę. Obejrzałam kilka filmików w internetach o tym jak laski biegną do galerii ledwo je otwarto, bo już ponad miesiąc nie kupiły nic nowego offline, poczytałam fora, gdzie ludzie zdają się żyć jak dawniej bez żadnej refleksji i ręce mi opadły. O przypadkach ostracyzmu wobec pracowników służby zdrowia nie będę pisała, bo szkoda na to klikania klawiatury. Dno i kilo mułu.

Niestety uważam, że pandemia nie przyniesie żadnych zmian ani lokalnie, ani globalnie. Nadal będziemy konsumować, nadal pozwolimy się futrować niepotrzebnymi rzeczami, będziemy jeździć bezmyślnie, bo modnie i to co trendy będzie większość z nas wodziło za nos. I jeśli właśnie tupiesz nóżkami i mówisz, o nie, o nie ja widzę zmiany i sztandary z rewolucyjnymi hasłami to powiem Ci jedno: fajnie, ja też, ale pamiętaj, ze egzystujemy w bańce znajomych i ludzi o dość zbieżnych z naszymi wartościami. Rozejrzyj się, jesteśmy mniejszością. Przykro mi.

13. Życie po Covidzie

Zastanawiasz się czasem jak będzie wyglądało nasze życie po Covidzie? Kiedy wrócimy do normalności? Ja bardzo często. O nadziejach na pozytywne aspekty pisałam akapit wyżej, więc to pomińmy 😉 Nie będę też skupiała się na tym jak bardzo boję się o światową gospodarkę oraz skutki wirusa, których jeszcze nie znamy. Wiele osób odtrąbia koniec epidemii i powrót do normalności, ale według mnie ten powrót zajmie wiele lat. Szczególnie w sferze ekonomicznej. Opowiem Ci o tym jak ja widzę moje post pandemiczne życie.

Po pierwsze chcę postawić na pracę zdalną, idealnie zdała egzamin. Okazałam się produktywna, odporna na rozpraszanie i czułam, że mam idealny work & life balance. Także mój plan na czasy popandemiczne to 2:3 2 dni home office, a trzy w biurze.

Kolejna kwestia to mam mocne postanowienie utrzymania codziennych treningów. Moja przewrotna dusza teraz myśli sobie: jak ta kwarantanna się skończy i powrócę do normalnego trybu życia wtedy to ja będę robiła wiele. Tęsknię strasznie za podróżami skmką do pracy i dwiema godzinami na czytanie. Nie wiem kiedy zdecyduję się na rezygnację z samochodu, może za tydzień, może za miesiąc. Narazie jeszcze trochę obserwuję jak sytuacja się rozwija.

Covid pokazał mi też, że potrzebuję jeszcze mniej rzeczy do życia niż mi się wydawało, a już od dawna stawiałam na minimalizm. Będę starała się jeszcze bardziej racjonalnie dokonywać decyzji zakupowych i jeszcze bardziej będę starała się kupować lokalnie. Tylko ja tak bardzo nie lubię kupować ubrań w sieci. Zresztą post o moich ekowyborach mam w głowie od dawna, tylko nadal się nie zabrałam aby go napisać. Może to będzie następny temat.

A co z podróżami? Nie będę pisała, że tęsknię, bo to truizm i w sumie nie wiem czy to można nazwać tylko tęsknotą, bo myśl o nich towarzyszy mi cały czas i przychodzi nawet w snach. W czasach izolacji miałam wspaniałe sny. Podróżowałam po górach, morzach, wulkanach, przemierzałam dżungle, taka kompilacja marzeń oraz doświadczeń.

Covid pokazał mi, że marzeń nie należy odkładać. Nawet nie wiesz ile siły dały mi wspomnienia oraz dom, w którym otoczyłam się wieloma pamiątkami z podróży. Moja oaza. Anglicy mówią My home is my castle i tak trochę się zadziało w czasach pandemii. Polubiłam przebywać w moim mieszkanku, a może dokładniej – miałam czas aby w nim zamieszkać, a nie tylko bywać. Stworzyłam cudną dżunglę, a od kilku dni mam w oknach nowe, cudne, oliwkowe rolety. Takie wiesz, co u góry można opuścić tak, że widać niebo, a na dole pies ma prześwit do obserwowania. Wreszcie mogłam wyrzucić w cholerę firanki. Karnisz udekorowałam “tajskimi” lampeczkami – tymi kulkami bawełnianymi. Jest cudnie i klimatycznie. A ten oliwkowy kolor mega koresponduje z dżunglą w mieszkaniu oraz ciemnymi meblami. Podobno byłam pierwszą osobą, która wpadła na taki kolor rolet w całej karierze Pana, który mi je zakładał. Ten stan zamieszkania bardzo mi się spodoba, niech trwa jak najdłużej.

A jak u Ciebie wyglądał ten pandemiczny czas? Coś się zmieniło w Twoim życiu, wartościach? Daj znać.

Jeśli spodobał Ci się tekst nie zapomnij go udostępnić znajomym. Zapraszam Cię też do polubienia malenowego FP na Facebooku  oraz profilu na Instagramie, gdzie kilka razy w tygodniu pojawiaja się nowe zdjęcia i instastory. Nie chcesz przegapić kolejnej części opowieści o Bali? Koniecznie zapisz się do Newslettera -> Zapisuję się teraz!

Może Cię również zainteresować:

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

4 komentarze

Aga 8 czerwca 2020 - 15:37

Fajny artykuł 🙂
Trochę wszystkich uziemił ten co…virus, nie licząc pilotów DHL i kierowców tirów 😉 Może to nowa forma podróżowania: złapać samolot “na stopa” 😉
Mam wrażenie, że cały świat pogrążył się w chaosie dezinformacji. Włochy zachorowały, Indie wyłączyły światło, Białoruś wywiozła traktorem koronę w pole, Szwecja poinformowała obywateli o zagrożeniu i żyła dalej. Na całym świecie dane statystyczne zweryfikowały umiejętności matematyczne specjalistów i uświadomiły ludziom grę polityczną w rozumienie cyferek, tych dużych i tych małych.
Panika i lęk ogarnęły cały świat, włączenie z Grenlandią. Jednak chyba większość ludzi została poddana najtrudniejszej próbie – wytrzymania z samym sobą we własnym towarzystwie. Mam nadzieję, że ta najtrudniejsza z wszystkich podróży do wnętrza samego siebie i skonfrontowania swojej rzeczywistości z własnym “ja”, jeszcze bardziej pozwoli ludziom dostrzegać i doceniać piękno we wszystkich innych podróżach i aspektach życia.
Ja już nie mogę się doczekać zniesienia barier co…vira, aby zrealizować tegoroczne plany 🙂
Jeszcze będzie cudownie, jeszcze będzie wspaniale 🙂

Reply
Magdalena Krychowska 8 czerwca 2020 - 16:53

Masz 100% rację – jedną z najtrudniejszych rzeczy w koronie dla wielu osób było własnie to nagłe pozostanie w 4 ścianach i skonfrontowanie się ze swoim życiem, własnym ja oraz rodziną, która często była tylko mijana pospiesznie.
Miejmy nadzieję, że korona w jakiś cudowny sposób się osłabi i będzie można bez obawy i restrykcji wyruszyć w świat 🙂

Reply
Maciej Rutecki 31 maja 2020 - 21:33

Ja, będąc introwertykiem, od marca czuję się jak ryba w wodzie. Bardziej mnie niepokoi fakt, że moje dawne dziwactwa (vide: dokładne mycie rąk, unikanie klamek np. w publicznej toalecie, czy w ogóle unikanie dotykania przedmiotów używanych przez innych w miejscach publicznych) już mało kogo dziwi i wszyscy myślą, że to przez koronawirusa. A nie, zawsze tak miałem. 😀

Ale zapas żeli antybakteryjnych, które mi pozostawały po wycieczkach, do tej pory jeszcze nie wykorzystałem.

Też mi przybyło kilka kilogramów. Ale zawsze to kilka kg obywatela więcej. 😉

Reply
Magdalena Krychowska 8 czerwca 2020 - 16:54

Hahahaha, no tak introwertycy znieśli to lepiej, ale jak pisałam – nawet nam doskwierało trochę ubezwłasnowolnienie 😉 Z tymi żelami to widze, mieliśmy podobnie, ja też znalazłam w plecaku zapas starych żeli i wreszcie je wykorzystałam 🙂

Reply

Ta strona korzysta z plików cookies do prawidłowego działania bloga, aby oferować funkcje społecznościowe, analizować ruch na blogu i prowadzić działania marketingowe. Czy wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies? Akceptuję Więcej informacji w Polityce Prywatności

Polityka Prywatności
Close
%d bloggers like this: