Home Azja Bali, Candidasa – 5 dni w raju cz.I

Bali, Candidasa – 5 dni w raju cz.I

by Magdalena Krychowska
14 komentarzy

Indonezyjski raj z przymrużeniem oka czyli moja historia pobytu na Bali

Candidasa na Bali była zwieńczeniem mojego pobytu w Indonezji. W zamyśle miał to być niczym niezmącony pobyt w indonezyjskim raju. Och ileż to ja czasu włożyłam w pieczołowite wybieranie idealnej miejscowości oraz noclegu, jak długo planowałam każdy szczegół.

A jak było naprawdę? Przeczytaj w poniższym tekście. Dziś będzie dość mało praktycznie, choć na końcu pojawi się jeden akapit, dla tych, którzy jednak poszukują chociaż trochę praktycznych informacji. Zapraszam Cię na pierwszą część tekstu z przymróżeniem oka. Pojedziemy dziś rowerem po Bali, poudajemy Julię Roberts, pochorujemy w raju oraz odwiedzimy osławioną świątynię Lempuyan.

Podróż na Bali

To był długo dzień. Rozpoczął się tak naprawdę kilka minut po północy, kiedy przygotowałam się do wyruszenia na wulkan Ijen na Jawie. Treking skończył się po 8.00 rano, a około 10.00 wyruszyłam na Bali razem z małżeństwem Francuzów z mojego hostelu. Właściciel naszego noclegu zawiózł nas na przystań, a do tego był tak miły, że sprawnie ogarnął wszystkie formalności biletowe – aby uniknąć cen z kosmosu dla turystów na przystani obowiązuje system płacenia kartami.

Wsiedliśmy na prom. Na promie było gwarno i głośno. Po kilku minutach przytulona do plecaka i kołysana morskimi falami usnęłam jak dziecko. Nic mi nie przeszkadzało, ani otaczający mnie dym z kreteków (indonezyjskich, goździkowych papierosów), ani śpiewy współtowarzyszy. Byłam wyczerpana po nocnym trekingu do wnętrza wulkanu.

Gilimanuk – Candidasa niekończące się 170 km

Nie pamiętam ile dokładnie trwała przeprawa promowa, może godzinę, może dwie, tego dnia wszystko mi się zlewało w jedną czasoprzestrzeń. Gdy dotarlismy do Gilimanuk na Bali nasz kierowca pokierował nas do autobusu, wynegocjował cenę dla swoich 😉 i pomknęliśmy ku miejscowości Denpasar. Droga była malownicza, jednak ja większość czasu przespałam – tym razem przytulona do małego plecaka, który nadal pachniał siarką.

Do Denpasaru dotarliśmy około 18.00 i od tej pory zaczęły się schody. W ciągu x godzin pokonaliśmy 120 km. Na Bali główne drogi są dobre, ale korki straszne. Zostało mi jeszcze 60 km. Niby żaden problem, ale na stacji autobusowej okazało sie, że do Candidasy nic już dziś nie jedzie. Oczywiście za chwile znaleźli się samozwańczy pomocnicy, którzy za kosmiczną cenę oferowali mi podwózkę bemo, bo akurat wracają do domu i mogą mnie wziąć ze sobą. Po dwóch tygodniach w Indonezji byłam już dosyć zahartowana na te propozycje. Odpaliłam aplikację Grab i znalazłam kierowcę. Zapłaciłam tyle samo, ale zato w jakim komforcie. Kierowca okazał się urzednikiem, który po godzinach dorabia jeżdząc jako kierowca. Podróż była miła, gdyby nie ta klimatyzacja. Wtedy własnie uświadomiłam sobie, że zostawiłam koszulę w autobusie.

Do Candidasy dotarliśmy po zmroku. Podjechaliśmy pod mój wymarzony hotel, który wydał mi się lekko opuszczony. Jednak ten dzień był tak męczący, że marzyłam tylko o kąpieli i pysznej kolacji, nie miałam siły zastanwiać się czy z moim hotelem jest wszystko w porządku.

Bali, Candidasa, dzień pierwszy – „Marigold hotel”

Obudziłam się z koncertowym bólem gardła. Zaklęłam sobie w myślach i całkiem na głos też, i uruchomiłam cuda z apteczki. Leżąc w łóżku przyglądałam się na spokojnie mojemu pokojowi. Był niesamowicie duży i wygodny, jednak czasy pierwszej świetności oraz drugiej i trzeciej miał już zdecydowanie za sobą. Poszłam na śniadanie. W hotelu oprócz mnie byli tylko jeszcze jedni goście. Wszystko dla mnie. Basen, leżaki. Raj 🙂 Jedząc śniadanie przyglądałam się drugiemu skrzydłu hotelu, które miało zawalony dach. Zaczynało mi się tu z każdą sekundą bardziej podobać. Obsługa traktowała mnie jak królową, śniadanie – nasi goreng oraz papaja i mango – było wspaniałe, kawa też, widok cudny, hotel pusty. W sumie wybrałam idealnie. A co najfajniejsze hotel był tuż nad morzem i miał mini plażę. Oczywiście gorzej w sytuacji gdyby akurat pojawiło się tsunami. Jeśli obsesyjnie się go boisz wybierz nocleg oddalony od morskiego brzegu.

W poszukiwaniu owoców na Bali

Tego dnia postanowiłam odpocząć, wyjść do miasta, kupić owoce, bardzo dużo owoców i tak się spokojnie leczyć: owocami, tabletkami i odpoczynkiem.

Po śniadaniu wyruszyłam na zakupy. Jeden sklep, drugi, trzeci. Jest wszystko, a nie ma nawet pół owocu. Zgodnie z zasadą koniec języka za przewodnika zaczęłam podpytywać czy jest tu jakiś targ, albo sklep z owocami. Nie ma, nie ma, nie ma, w restauracji można kupić. Wreszcie jakaś poczciwa dusza doradziła mi Indomaret. Bingo. Niedaleko Indomaretu znajduje się skupisko naprawdę lokalnych warungów, gdzie turyści nie docierają, a ceny są dla lokalnych. Postanowiłam tam zjeść obiad i to byl dobry wybór. Za obiad i sok z awokado zapłaciłam 20.000 Rupii.

Wróciłam do pokoju z zapasem wody i siatami owoców. Jak mnie te witaminy nie wyleczą, to nie ma dla mnie ratunku. I tak spędziłam cudny dzień na leżaku wcinając mango, ananasy, mandarynki i udając, że czuję się jak w raju. Miałam ochotę rozryczeć się ze złości i żalu.

Wiesz jak to jest? Cudne miejsce, dobre jedzenie, wszystko gra, a cholerna niedyspozycja nie pozwala się z tego cieszyć, jesteś słaba, ledwo powłóczysz nogami, ciągle się pocisz. Masakra. Poszłam na kolacje, wypiłam kilka herbat imbirowych i wróciłam umierać. Około 23 obudziłam się i z przerażeniem zobaczyłam, że skończyła mi się woda. No więc dawaj, słaba, ledwo żywa poszłam nocą na poszukiwanie sklepu. Miłam szczęście, bo weszłam do marketu 2 minuty przed zamknięciem. Kupiłam zapas wody i wróciłam umierać. Wiedziałam, że następnego dnia nigdzie się nie ruszę.

Bali, Candidasa, dzień drugi – jakie fatum taka Julia czyli rowerem przez Bali

Obudziłam się czując się może o nutkę lepiej. Podreptałam na śniadanie układając w myślach kolejny leniwy dzień, aby odzyskać siły. Twój rower zaraz będzie. powiedział Ketut. Popatrzyłam na niego jak na ufo, a on spokojnie kontynuował: jak zjesz sniadania to się przygotuj, przyprowadzę Ci rower pod drzwi. Powiem Ci, gdzie najlepiej pojechać.

Zaczęłam sobie przypominać, że rzeczywiście wczoraj rzuciłam między wierszami, że pojeździłabym sobie na rowerze. Wiesz, tak jak Julia Roberts w Jedz, módl się i kochaj. Przemierzać Bali na rowerze, wśród pięknych pól ryżowych. Bajka co nie? A może jakiś Havier przez przypadek mnie również przejedzie? Jak tu nie spróbować szczęscia? Co prawda moi balijscy znajomi z hotelu odradzali mi rower, mówiąc, że drogi nie te i nie nadaje się to miejsce za bardzo na rower, ale co oni mogą widzieć? Ja przecież prawie, że przyrosłam do roweru na codzień. Wypiłam drugą kawę i ruszyłam szykować się na rower. Przygotowania zaczęłam od zażycia arsenału tabletek.

Jedź do Tenganan mówili, będzie nieturystycznie mówili …

Wyruszyłam do unikalnej, nieturystycznej cudownej wsi. Szybko wpasowałam się w ruch lewostronny i szybko pomyślałam, że trzeba znaleźć jakieś boczne drogi, bo zwariuje w tym ruchu i spalinach. Na bank miałam gorączkę.

Nieturystyczna wieś Tenganan była czymś na kształt skansenu. Do tej pory żałuję, że nie dałam się skusić na ręcznie robiony obrazek. Był horrendalnie drogi, ale z przyjemnością powiesiłabym ducha gór (czyli ducha urodzonych w czerwcu) na ścianie. Zaraz po odwiedzinach w wiosce Tenganan spojrzałam na mapę i postanowiłam wybrać się do wodnego pałacu. Wszyscy mówili, że dotarcie tam na rowerze jest imposible, imposible, ale ja stwierdziłam, że co za problem, na oko tylko 8 km.

Żeby było ciekawiej postanowiłam jechać bocznymi drogami. Po chwili okazało się, że droga pięła się tak stromo pod górę, że trudno było nawet iść, a co dopiero jechać na rowerze, więc wspinałam się z gorączką i rowerem na plecach. No i tak zamiast jechać jak Dżulia na rowerze, dostojnie, w kapeluszu wyglądałam jak zasapany, spocony kocmołuch. Dotarłam wreszcie na 4 górę z rzędu i skończyła mi się woda. Uprzejma sprzedawczyni w jedynym napotkanym sklepie zaoferowała mi małą butelkę w cenie 2 dużych. Powiedziałam jej po polsku co o niej myślę, o jej wodzie oraz o tym dniu, ona pewno to samo powiedziała o mnie po balijsku i po tej wymianie zdań pojechałam dalej zaliczać kolejne góry i doliny. Okazem zdrowia to ja nie byłam tego dnia. Siły wróciły mi dopiero gdy dotarłam do wybrzeża i jechałam sobie wzdłuż czarnej jak smoła plaży.

Ostatkiem sił na dziewiczą plażę

Ostatnią atrakcją była plaża Virgin beach – wjechanie tam rowerem to katorga, a jeszcze wiekszą katorgą było znoszenie roweru z wielkiej góry po schodach, ale kto cykliście zabroni? Na plażę dotarłam ledwo żywa. Z radością uwaliłam się na leżaku i zamówiłam pyszny obiad. Patrzyłam zazdrośnie na morskie fale. W głowie brzmiały mi słowa: Miss, remember no swimming. Drink ginger tea and no swimming. W sumie po tych rowerowych ekscesach żaden swimming nie może mi już zaszkodzić – pomyślałam i pobiegłam skakać radośnie przez wielkie fale. To było cudowne zwieńczenie dnia. Wołałam nie myśleć o wnoszeniu roweru po tysiącu schodów oraz o 10 km drogi powrotnej. Drogi jak się okazało prowadzącej pod niezłą górą oraz małpi las. Jak wiesz małp nie znoszę, więc jechałam szybko i kątem oka obserwowałam te złośliwe bestie, które siedziały na barierkach i czyhały na ludzi.

Tego dnia pokonałam (i to jest adekwatne słowo) ponad 30 km na rowerze, wróciłam ledwo żywa i poczłapałam na masaż. Wiedziałam już jedno: nigdy więcej roweru na Bali. Na następny dzień zamówiłam skuter nadszedł wreszcie czas gdy musiałam pierwszy raz zmierzyć się z jazdą na skuterze jako kierowca.

Idąc na masaż spotkałam po drodze znajomego sprzedawcę wycieczek. Po raz kolejny chciał mnie zwerbować i coś wcisnąć. Spojrzałam na niego zrezygnowana i odparłam:
wiesz, nawet gdybym chciała kupić jakąś twoją wycieczkę i nawet gdybym nie lubiła szwendać się sama, to niestety i tak bym nie kupiła. Miałam spędzic 5 dni w raju, a mija 2 dzień, a ja jestem przeziębiona i ledwo żyję.
cap kaki tiga – spojrzałam na niego nic nie rozumiejąc, a on powtórzył: cap kaki tiga, idź do tego sklepu i kup, i pij. Jutro bedziesz zdrowa.

Było mi wszystko jedno, jeśli to coś ma mnie uzdrowić, to będę to piła, w tym momencie udałabym się nawet do szamana.

Przed snem wypiłam pół butelki tajemniczego napoju pochodzącego z medycyny chińskiej. Głównym składnikiem, jak doczytałam w internetach, było włókno gipsowe. Zasnęłam.


Bali, Candidasa dzień trzeci – skuterem na Lempuyang

Obudziłam się zdrowa. Leżałam poszukując oznak wczorajszej choroby, a one wyparowały razem z Cap Kaki Tigą. Dla pewności do śniadania dopiłam resztę Cap Kaki Tigi i wyruszyłam na skuterze przed siebie w siną dal. Ponieważ po obejrzeniu moich wyczynów na Instastory z dnia drugiego dostałam multum wiadomości, czy zamierzam wykończyć się na Bali obiecałam solennie, że tego dnia będzie spokojnie, bez wrażeń, leniwie i nudno.

Nie wiem jak planowałam spełnić owo bez wrażeń skoro pierwszy raz w życiu miałam wyruszyć w dłuższą podróż skuterem. Moje dotychczasowe doświadczenia ze skuterem to godzinna nauka jazdy. Finito. Właściciel wypożyczalni spojrzał na mnie badawczo.
Umiesz jeździć?
– Oczywiście. Jeździłam w Polsce, ale nigdy w Azji.
Ok, pokaż co umiesz. – Dał mi skuter. Ruszyłam, zakręciłam, wróciłam. –Ok, dasz sobie radę.
No i pojechałam.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Bali-Candidasa-OkiemMaleny.pl_-82.jpg

Jazda na skuterze spodobała mi się od pierwszych kilometrów. To uczucie wolności, wiatru we włosach było niesamowite. Najwspanialsze okazało się to, że można się zatrzymać przy pierwszym lepszym widoku. Skuter zaparkuje wszędzie. I tak o to zaparkowałam przy cudnych polach ryżowych, narobiłam mnóstwo zdjęć, wróciłam, ruszam, a skuter nie działa. Próbuję go włączyć tak jak mi mówiono. Hamulec, kluczyk, gaz i powinien działać. No nic, zepsuł się. Po chwili uratował mnie przechodzący Balijczyk. Najpierw spytał patrząc na mnie czy mam paliwo. A potem okazało się, że po prostu powinnam wcisnąć oba hamulce przed ruszeniem.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Bali-Candidasa-OkiemMaleny.pl_-27.jpg

Tirta Gangga – wodne ogrody

Przystanek pierwszy to Tirta Gangga. Piękne ogrody na wodzie zbudowane w 1946 roku. Zbudował je władca prowincji
Anak Agung Anglurah Ketut Karangasem. Nazwa Ogrodów nawiązuje do wód świętej, dla Hindusów, rzeki Ganges w Indiach, słowo Tirta oznacza dosłownie błogosławioną wodę. Podobno woda ze źródeł w Tirta Gangdze używana jest do ceremonii we wszystkich okolicznych świątyniach. Często można zobaczyć osoby pielgrzymujące do tego miejsca.

Karkołomna droga do świątyni Lempuyang.

Naprawdę nie wiem jak to się stało, że przemierzając na skuterze Bali, rozkoszując się wolnością i zdrowiem nagle wpadłam na szatański pomysł, że w sumie jestem w Tirta Gangga tylko 4 km od Lempuyang – od miejsca, które jest przekleństwem turystycznego oblicza Bali, które każdy odradzał mi na 1000 sposobów, śmiejąc się z ludzi, co na jedno zdjęcie czekają w ponad godzinnej kolejce. No ale skoro jestem tylko 4 km od, to – pomyślałam – przekonam się na własne oczy. Ruszyłam.

Początkowo droga była naprawdę dobra. Po chwili zaczęła lekko skręcać w górę, aby za kilka metrów stać się szalonym korkociągiem o nie wiem jakim kącie nachylenia, ale zdecydowanie za dużym. Gaz w skuterze dusiłam do totalnego maksa, a on ledwo się toczył pod górę. Czułam, że jak się tu zatrzymam, to już nie ruszę, tylko poprostu odpadnę od tej drogi i stoczę się na dół przygnieciona ciężarem skuteru. Pięłam się dalej w górę, dusząc skuter do maksimum i przy zakrętach wciskając klaskon rozpaczliwie i najgłośniej jak się dało. Czy ta droga do jasnej cholery kiedyś się skończy? (no dobra wcale nie pomyśłałam do jasnej cholery tylko do k@#$y nędzy, ale cholera brzmi lepiej) Droga wydawała mi się wiecznością.

Wreszcie zobaczyłam koniec. Zjechałam na parking jak do bezpiecznej bazy, zaparkowałam skuter i miałam ochotę się rozpłakać. W dupie miałam Lempuyan, w głowie kołatało mi bezustannie: jak ja kurwa mać stąd zjadę? Próbowałam oderwać myśli, skupić się na zwiedzaniu, ale ni cholery. Widmo zjazdu po tym korkociągu było tak silne, że przyćmiło wszystko. Wlazłam do osławionem Lempuyan i zobaczyłam to przed czym przestrzegali wszyscy Indonezyjscy przewodnicy: kongo turystyczne.

Na środku na taborecie siedzi sobie dyrygent. Dyrygent nadaje numerek. Gdy jesteś szczęśliwym posiadaczem numerka idziesz w bok i czekasz w kolejce, która nie ma konca. Czekasz godzinę, dwie, aż wreszcie wywołają Twój numer. I wtedy lecisz do osławionych wrót i zgodnie z komendami pozujesz do zdjęć. Stań tyłem, teraz usiądź, teraz wstań, stań przodem, stań bokiem, następny! I tak stajesz się posiadaczem zdjęć z magicznego Lempuyang. Za Tobą cudny wulkan, przed Tobą odbicie świątyni. Czy tam jest tafla wody? Ani pół kropli, to lustro przyłożone do aparatu. Wszystko w tym miejscu jest oszustwem. Trzymaj się jak najdalej, chyba, że dla kilku kadrów chcesz stracić naprawdę w cholerę czasu.

Wydaje się, że nikogo tu nie interesuje fakt, że Pura Penataran Agung Lempuyang jest jedną z 6 najważniejszych balijskich świątyń, nikt nie przygląda się bogactwu zdobień, pięknu jej wykonania. Większość ludzi czeka stłoczonych w kolejce, aby zrobić sztuczne zdjęcie z bramą niebios i z najwyższym balijskim wulkanem Agung w tle.

Gdy dotarłam do skutera nie wiedziałam co teraz zrobić. Spytałam parkingowego co jest gorsze wjazd tu czy zjazd, bo nie wiem czy sobie poradzę. Spojrzał na mnie, pocieszył, że zdecydowanie wjazd jest gorszy, poinstruował, że mam mocno zaciskać oba hamulce i tyle. Dasz radę, tylko jedź powoli i wciskaj hamulce. Wsiadłam na skuter z duszą na ramieniu. Powoli, zaciskając hamulce zaczęłam zjeżdzać w dół. Rzeczywiście zjazd był łatwiejszy niż wjazd. Gdy zjechałam z góry czułam się cudownie. Pojechałam do Amedu, aby powylegiwać się na rajskiej, czarnej jak smoła plaży, zjeść pyszny obiad.

Przed wyruszeniem w drogę powrotną wjechałam jeszcze na punkt widokowy położony tuż za plażą Jemeluk.,Podobno jest to dobre miejsce do podziwiania zachodów słońca, jednak ja nie miałam tyle czasu, dlatego rzuciłam okiem na zatokę oraz na wznoszący się w oddali wulkan Agung i ruszyłam do Candidasy.

Wróciłam przed zmrokiem i wszyscy wypatrywali mnie z lekkim podenerwowaniem. Pilnują mnie tu jak skarbu narodowego pomyślałam i odetchnęłam, że na skuterze, ani na kolanie nie widać przeszorowania dwóch metrów po betonie. Chwila nieuwagi i skuter pokazał mi co umie. Pół Amedu zamarło, a ja ze wstydem mknęłam aby schować się za zakrętem i zniknąć.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Bali-Candidasa-OkiemMaleny.pl_-42.jpg

Candidasa – Bali praktycznie:

  • Bali w pigułce – informacje różne:
    • Do Ubud zakaz wjazdu mają Ojeki i Graby – mogą dojechać tylko na początek miasta, bo potem płacą horendalne kary
    • Candidadsa to idealne miejsce na odpoczynek. Jest spokojna, odludna i cudna. Jednocześnie ma wszytsko co potrzeba: zaplecze hotelowe, salony masażu, wycieczki, snurki i nurki oraz trasy na wycieczki skuterem
    • Piękna plaża w pobliżu Candidasy to Virgin beach
    • Na Bali ciężko liczyć na lokalny transport, raczej trzeba być samowystarczalnym
    • Drogi są dobre, ale zatłoczone.
    • Koniecznie spróbuj masażu gorącymi kamieniami oraz soku z awokado. Bajka.
    • Lempuyan to nie jedyne wrota na Bali, takich wrót zobaczysz multum, generalnie przy każdej świątyni i wjeździe do wioski, oczywiście nie wszystkie są tak malowniczo położone.
    • Warto zobaczyć pałac na Wodzie Ujung oraz Tirta Ganggę.
    • Jeśli jedziesz na plażę do Amedu to wiedz, ze bedzie czarna jak smoła i dość mała. Generalnie miejsce przyjemne, ale virgin beach jest fajniejsza i nie trzeba tak daleko jechać 😉
    • noclegi na Bali:
      • ja spałam w The Rishi Candidasa Beach Resort Hotel. Nadal jest na bookingu, mioże znalazł się nowy własciciel, który postanowił zadbać o tę perełkę. Polecam go z całego serca. Może i trochę się rozpada, ale ma swój klimat i jest przepięknie położony. Jeśli szukasz czegoś innego skorzystaj z mapy:
Booking.com
  • przykładowe ceny na Bali:
    • Pałac na wodzie: Tirta Gangga: 40.000 rupii
    • Virgin beach: wstęp kosztuje 10.000 rupii
    • skuter: 60.000 rupii / dzień
    • Uber z Denpasar do Candidasy: 260.000 rupii
    • autobus z Gilimanuk do Denpasaru: 50.000 rupii
    • prom z Banyuwangi na Jawie do Gilimanuk na na Bali 7.500 rupii
    • masaż:
      • masaż balijski : 100.000 rupii za godzinę (1 USD to 14.786,54 IDR)
      • masaż gorącymi kamieniami: 220.000 rupii
    • posiłek poza miastem w typowo lokalnym warungu na przedmieściach: 20.000 rupii (tempeh, sok z awokado)
    • przykładowy rozkład jazdy PERAMA shuttle bus & Boat (www.peramatour.com) z Candidasy:
      • Kuta airport: 8:30, 13.00, 16.00 (jedzie przez Ubud) – 75.000 rupii (ja miałam wylot o 14:30 i sprzedawca odradził mi kupno biletu, tłumacząc, że mogę nie zdążyć na lot z powodu korków w okolicach Ubud – generalnie gdyby lot był po 15:00 to już mogłabym kupić bilet )
      • Ubud: 8:30, 13.00, 16.00 – 75.000 rupii (w 2 strony)
      • Gili Islands: 9:30 – 350.000 rupii (fastboat)

Na dziś już koniec przygód. Zapraszam Cię na część drugą, w której pojedziemy do słynnego Ubud, odwiedzimy wspaniałe miasteczko z Klungkung, pojeździmy znowu skuterem po Bali i powściekamy się trochę na traktowanie kobiet podróżujących solo. Ech mężczyźni – zawsze musicie coś sknocić 😉

Jeśli spodobał Ci się tekst nie zapomnij go udostępnić znajomym. Zapraszam Cię też do polubienia malenowego FP na Facebooku  oraz profilu na Instagramie, gdzie kilka razy w tygodniu pojawiaja się nowe zdjęcia i instastory. Nie chcesz przegapić kolejnej części opowieści o Bali? Koniecznie zapisz się do Newslettera -> Zapisuję się teraz!

Może Cię również zainteresować:

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

14 komentarzy

Irmina 5 stycznia 2021 - 20:32

Już nie pierwszy raz czytam o tej tajemniczej miksturze i jak dobrze działa. Rach, ciach i po chorobie ani śladu. Intrygujące…

Reply
Hania 30 grudnia 2020 - 10:27

Ten rok był wyjątkowy i wyjazd zagraniczny nie wchodził w grę. Dlatego z ogromną zazdrością patrzę na tak piękne zakątki…

Reply
bajkopisarz 17 czerwca 2020 - 03:27

Wodne ogrody wyglądają wyjątkowo ciekawie. Fajnie ze potrafili cos takiego zbudować w 1946 roku. Ewidentnie ktoś miał wiedzę jak to zrobic.

Reply
Łukasz | zPodrozy.pl 18 maja 2020 - 10:31

Gdy myślę o Bali to jestem trochę rozdarty. Z jednej strony raj z drugiej sporo kontrastów, o których się nie mówi, bo są „niemarketingowe”. Choć przyznam, że jednak kusisz, żeby zobaczyć to na własne oczy i ocenić samemu 😉

Reply
Magdalena Krychowska 8 czerwca 2020 - 16:58

O właśnie 🙂 zobaczyć i ocenić – ja Ci powiem, że Bali potraktowałam jako odpoczynek po dłuższym szwendaniu się po Indonezji i oczekiwanie na samolot powrotny, bo leciałam z Denpasaru i nie miałam wygórowanych oczekiwań – w sumie nawet jak ktos pytał o plan, to to Bali tak dorzucałam od niechcenia, a rozwodziłam się o Flores i wulkanach Jawy, ale Bali miło mnie zaskoczyło. Na tyle miło, że chciałabym tam wrócić i pojeździć po dalszych miejscach, spędzić tam więcej czasu. Ta wyspa ma coś w sobie 🙂 Ale turystyczne miejsca to sajgon 😉 jak wszedzie 😉

Reply
Bali to nie tylko Ubud - wakacje w raju cz. II - Okiem Maleny 16 maja 2020 - 12:51

[…] Będzie conajmniej tak ciekawie jak w części pierwszej, w której odwiedziliśmy razem między innymi słynną świątynię Lempuyang. Znasz ją? Jeśli nie to łap link: Bali, Candidasa – 5 dni w raju cz.I […]

Reply
Agnieszka | Studnia Miodu 14 maja 2020 - 10:29

Część o zjeżdżaniu skuterem przeczytałam współodczuwając 🙂 🙂 piszesz emocjami 🙂 mam nadzieję, że kiedyś wykorzystam Twój wpis przy planowaniu wycieczki na Bali 🙂

Reply
Magdalena Krychowska 15 maja 2020 - 22:46

Dzięki miło mi, bo rzeczywiście starałam się ten wpis o Bali napisać tak, aby jak to ładnie ujęłaś „pisać emocjami” Zapraszam Cię na drugą część postu o Bali – mam nadzieję, że tam również mi się to udało. 🙂

Reply
FUKO 13 maja 2020 - 14:26

Przepiękne zdjęcia, niesamowite przygody. Pozdrawiamy!

Reply
FOTO podróże BPE 13 maja 2020 - 10:04

tak to jest z tymi pamiątkami – na początku żal nam pieniędzy, potem żal,ze nie kupiliśmy …też zawsze tak mam …

Reply
Marta 12 maja 2020 - 09:13

Mam bardzo mieszane uczucia odnośnie Bali… z jednej strony widoki przepiękne- ta przyroda, natura, morze, plaże- na Twoich zdjęciach wyglądają nadzwyczajnie, ale z drugiej strony- wydaje mi się, że to taki azjatycki disneyland… Te same zdjęcia, te same pola ryżowe- wszystko jak spod kalki. Chyba trzeba po prostu jechać i wypróbować na własnej skórze! 😀

Reply
Magdalena Krychowska 12 maja 2020 - 11:29

A widzisz dokladnie o tym pisze w drugiej części mojego tekstu, nawet jeden z tytułów brzmi: balijski disnejland 🙂 Wiesz według mnie Bali jest wspaniałe jeśli oddalisz się od głównych tras. Jak wsiadasz na skuter i po prostu jedziesz przed siebie. Ja spędziłam tam pięć dni i wiem, że kiedyś tam powrócę – chcę poznać północne Bali. Spodobał mi się „duch” tej wyspy. A odnośnie pól ryżowych – w sumie wszędzie wyglądają tak samo 😉 Ale ja mam na ich punkcie świra totalnego i mogę się na nie gapic godzinami. Nie ważne czy płaskie, czy tarasowe. Wszystkie uwielbiam – choć do tej pory żadne nie przebiły tych z Batadu na Filipinach. 🙂

Reply
Hania z Na Atlantydę 11 maja 2020 - 10:19

Kochana, oszalałam po Twoim wpisie! Absolutnie! Pięknie to opisujesz, aż się chce tam teraz lecieć. Szkoda, że się nie da :(. Ale mam pyszną indonezyjską knajpkę w okolicy (Warung Sumatra się nazywa) i zamówię dziś stamtąd jedzenie, by poczuć ten vibe.. 🙂 Dzieki za przypomnienie i miłe dla oka zdjęcia!

Reply
Magdalena Krychowska 12 maja 2020 - 11:32

Czy w Twoim warungu jest coś robione z tempehu? To jest coś na punkcie czego oszalałam w Indonezji. Jest mega. Oj zjadłabym sobie teraz sataje z tempehu z sosem orzeszkowym, albo gado gado. Kuchni indonezyjska bardzo mi przypadła do gustu :))

Reply

Ta strona korzysta z plików cookies do prawidłowego działania bloga, aby oferować funkcje społecznościowe, analizować ruch na blogu i prowadzić działania marketingowe. Czy wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies? Akceptuję Więcej informacji w Polityce Prywatności

Polityka Prywatności
Close